Zamiast relacji z Offa

Gdy mówiłam ludziom, którzy trochę mniej mnie znają, że jakoś tak wyszło, że zamiast na Offa jadę na Ukrainę z zespołem typu noise rock/black metal miałam świadomość, że można było sobie wyobrażać trochę inne rzeczy niż miałam zamiar tam robić. Co tu dużo kryć – Ziemowit Szczerek w końcu dostał nagrodę Nike za książkę o poszukiwaczach “hardkoru” za naszą wschodnią granicą. Jeśli jeszcze do tego dorzuci się do tego obrazka zespół rockowy brzmi to jak gotowy przepis na bezrefleksyjną “grubą wiksę” w tej “dziwnej i dzikiej” Europie Wschodniej.

Wciąż jednak źle czuję się z tym, że do tej wycieczki pchnęło mnie nic innego jak ciekawość. Bo oczywiście dobrze wiem, co się dzieje i działo na Ukrainie z mediów, spodziewałam się, że eufemistycznie mówiąc “nie jest różowo”, a jednak przyznaję – bycie w Kijowie było dla mnie jak kubeł zimnej wody. Na to jak bardzo nie zdaję sobie sprawy o wielu rzeczach, w jakiej bańce żyję itd. Usprawiedliwiam się, że jak się wyjeżdża 800 km od domu, ale znajdzie się w w towarzystwie osób, które tak jak ciebie jarają wydawnictwa z Immune Records czy mają na półce “24/7” Jonathana Crarego to jakoś bardziej można sobie wyobrazić siebie na ich miejscu niż słysząc doniesienia z prasy i z telewizji, tak to niestety działa. Stąd może wszystko to co zobaczyłam poraziło mnie z dużo większą mocą.
W trakcie wyjazdu w mojej głowie pojawiały się liczne pytania, oto niektóre z nich:

Dlaczego jak idzie się ulicą Instytucką to mimo dwóch lat od Euromajdanu nie ma żadnego pomnika poległych – miejsca upamiętniające ich sprawiają wrażenie tymczasowych, to często po prostu kartki w foliach wiszące na drzewach?

Jak to możliwe, że ludzie masowo nie płacą za media i woda w kranie nie nadaje się do spożycia?

Dlaczego znam tyle młodych ukraińców studiujących na prywatnych uczelniach w Polsce, co jest aż tak niehalo z publicznymi kijowskimi uniwersytetami?

Czemu nie ma nigdzie policji? Czy to tylko legenda miejska czy serio policjanci dilują?

Ja nie jestem ekspertem od sytuacji w Ukrainie, więc zostawię je bez odpowiedzi, ale jakby coś to oprócz tego co mówili mi lokalsi zrozumieć to i owo pomógł mi ten wywiad , teksty wspomnianego Szczerka publikowane w Polityce czy choćby zbiór esejów “Zwrotnik Ukraina” pod red. Jurija Andrukowicza.

Stąd teraz tym bardziej pojmuję dlaczego Ukraina pod względem muzyki niezależnej od dawna kojarzy mi się raczej z mrocznymi rzeczami (włącznie z Kvitnu, reklamującym się jako “the brightest sound of the darkest sound”, ale to już właściwie wytwórnia z Wiednia). Nasz gospodarz potwierdził ten stan rzeczy – mówił, że “co drugi nastolatek powie ci, że jego ulubiony zespół to Burzum”, w cenie są też wszelkiej maści hałaśliwe, rzężące gitary. No i jeszcze techno. Słyszałam również o scenie… witchhouse’owej (przypomnienie: taki internetowy mikrogatunek muzyczny, który był na ustach wszystkich dosłownie jeden sezon, okazuje się, że na Ukrainie trafił na podatny grunt) i wiele zamulastego (dark) ambientu. Mam wrażenie, że ktoś kto próbowałby tam robić błyskotliwy, dobrze wyprodukowany i skomponowany indie pop trafiłby w zupełną próżnię. Na ciężkie czasy jest potrzebna muzyka, która wyrazi te wszystkie nieznośne myśli, które muszą siedzieć w głowach ludzi, przede wszystkim tych, którzy wchodzą dopiero w dorosłe życie. Możliwe dlatego, że gdy to co robi Sierść jest zbyt radykalne na funkcjonowanie na większą skalę (poza sceną metalową, dla której pewnie byliby za mało “tru”) w Polsce, tak w takim Kijowie ich muzyka “wchodzi” jak nóż w ser. Publiczność reagowała tak, że w pewnym momencie musiałam wycofać się do tyłu – nie ma co obwijać w bawełnę, ja jestem cieniasem i to do tego trzeźwym, a tam był istny rozpizd.

Trudno mi napisać coś więcej, bo poprostu mam za dużo myśli w głowie, pewnie często jeszcze naiwnych i też teraz wiem, że muszę trochę więcej poczytać na temat Ukrainy, nauczyć się cyrylicy i zacząć bardziej interesować się tamtejszą sceną. Na razie wrzucam poniżej link do 4-godzinnego filmu z rosyjskiego festiwalu, którego nazwę Google Translate czyta jako Strukturnost (Структурность). Pokazał nam go nasz gospodarz, sam będący muzykiem, jako filmowy “skrót” wielu ciekawych rzeczy z również ukraińskiej sceny – niestety nic nie jest podpisane, a kilka rzeczy jest nie tylko bardzo dziwnych, ale też ciekawie brzmiących, więc mam rozkminę na długi czas

Advertisements
Zamiast relacji z Offa

Top prawie 20

Zostałam nominowana przez Wojtka Kucharczyka do wytypowania 20 najważniejszych dla mnie utworów. Jest to taki follow-up do łańuszka 10 najbardziej inspirujących płyt, ale żeby nie było nudnej wyliczanki postanowiłam dopisać krótkie opisy do każdej pozycji. Wyszło 17, ale razem z linkami jest ich koło 20.

Jahiliyya Fields – Lovegiver

“Nie ma co strzępić ryja”, jako romantyk z lekko newage’owym zacięciem wybieram takie abstrakcyjne opisy miłości. A o moim oddaniu dla Jahiliyya Fields pisałam tu i tu.

Jim O’Rourke – Life Goes Off

Ostatnio czytam “Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” Davida Fostera Wallance’a i opisy przeżyć wewnętrznych tych niewdzięczników skojarzyły mi się tekstami O’Rourke’a na “Insignificance”. Wybieram końcowy utwór, bo jest arcydziełem sam w sobie

Smog – Finer Days

W zestawie z “Insignificance” zawsze idzie u mnie “Red Apples Fall”, przy którym zresztą O’Rourke maczał palce. To nawet nie bardziej przytłaczający album, bo dotyczy śmierci w rodzinie i innych bardzo smutnych rzeczy, dlatego wybieram z niego utwór o tym, że czujesz się już dobrze, ale świat w okół ciebie wciąż tkwi w depresyjnym mule

Kylie Minogue – Come Into My World

Nie będę ściemniać – z jakiegoś powodu Kylie znaczy dla mnie więcej niż jakakolwiek gwiazda pop. Być może dlatego, że jest zupełnie eskapistyczna – nie wiem o jej biografii nic oprócz tego, że uprawiała seks w samolocie z wokalistą INXS, więc nic nie przeszkadza mi w prostym zachwycie nad jej piosenkami. Wiele napisano o tym jak bardzo “Fever” zmieniło produkcję muzyki pop, o songwritingu, ale to co mnie dodatkowo chwyta za serce w “Come Into My World” to jej głos – miękki jak puchata poduszka, a jednocześnie jakby nie z tej planety. Przy okazji ostatnio przypomniała mi się signature song (to chyba nieprzetłumaczalne?) jej “mroczniejszej” młoszej siostry, Dannii, to jest też coś duzego

Perfume – Polyrhythm

Perfume to pociągnięcie tego electropopowego eskapizmu Kylie jeszcze dalej, bo nikt nie ma złudzeń, że trzy wokalistki dostały zupełnie papierowe role mające na celu pokazanie idealnie skrojonych przez Nakatę produkcji. Wskazuję na Polyrhythm z dwóch zględów – rewelacyjne wykonanie live, które kiedyś podesłał mi Warna oraz to, że… piosenka została użyta w “Autach 2”, które widziałam conajmniej 10 razy, bo był to jeden z ulubionych filmów mojego młodszego brata

Maryn E Coote (Marju Kuut) and Uku Kuut – Don’t Say Goodbye

Uku Kuut został odkryty przez People’s Potential Unlimited, jednak ten utwór pochodzi z jego dalszego etapu kariery (choć to wciąż lata 80.). Jest coś dziwnie niepokojącego w tym, że wykonuje go, jak wiele innych piosenek, razem ze swoją matką, a ona osobiście komentuje na YouTubie jego teledyski pisząc, że jest ich współautorką… Ale zostawię to specjalistom…

Super Furry Animals – Demons

 

Ostatnio mój przyjaciel zrobił nam przyspieszony kurs “SFA for Dummies”, kiedyś ich trochę słuchałam, ale jak to bywa niewiele z tego wyniosłam. “Demons” zostało ze mną na dłużej przez hymniczny refren, trochę ekshibicjonistyczny, ale w dobrym guście tekst i psychodeliczne wstawki. Do tego klip, na którym SFA włóczą się po (!) Ekwadorze (nie, nie tym w Manieczkach).

Farben – Parada

Jan Jelinek to Jan Jelinek

Mariah – 心臓の扉 (Shinzo No Tobira)

Najlepszy utwór z bezbłędnej płyty, o której reedycji nie tak dawno pisałam. Kojarzy mi się z latem, gdy po ciągłych roztopach, przymrozkach i mrozach doceniam mieszkanie na zgentryfikowanym Powiślu – dzielnicy, gdzie rada osiedla popiera zastąpienie księgarnii burżujskim sklepem mięsnym. W maju w końcu będzie można chodzić nad rzekę, a przez wakacje na koncerty na Barce. Oby do lata.

 

Haruomi Hosono – Alternative 3

 

W ostatnim roku, trochę przez granie do bibimbapów, renesans w moim odtawrzaczu przechodzi dyskografia tego typa. Ten numer jest nie do zmęczenia

 

The Scientists – Swampland

 

Jestem niedzielnym słuchaczem garage rocka, ale ta piosenka to, jak dla mnie, esencja tego, dlaczego tyle osób traci głowę dla takiej muzyki

 

Heatsick – Stars Down To Earth

Idealnie w pół drogi między lo-fi, outsiderskością, błyskotliwością kompozycyjną i producencką. No i jeszcze jest to utwór taneczny, jakby nie patrzeć

 

Bataille Solaire – Echelles Humaines

Centralny utwór z jednej z moich ulubionych płyt ostatnich lat. Polecam z teledyskiem, dobrze wyraża ten trudny do opisania zachwyt nad światem, przyrodą, ludźmi etc. emanujący z tej muzyki

 

Co La – Drama Regime

Puściłam ten utwór jako gość w audycji i realizator bardzo ciekawie go zinterpretował, że to jakby opis sytuacji, gdy mamy tak dużo “na głowie”, że czujemy się tym aż sparaliżowani tym. Dobrze powiedziane

 

Autechre – deco Loc

 

Jest wiele momentów w dyskografii Autechre, kiedy mam ochotę krzyknąć, że to najlepsze co zrobione z dźwiękiem w historii ludzkości, ale to całkiem świeża sprawa, bo z “Exai”. Bardzo podoba mi się zupełnie nieszablonowa interepretacja tego albumu przez Rafała Krauze, polecam

 

Matmos – Tunnel

Wracając do “newage’owego romantyzmu” – mało jest tak bliskich mi rzeczy jak koncept “The Marriage of True Minds”. Uwielbiam całość, ale wybieram mój ulubiony utwór do jeżdżenia metrem (“there is the light at the end of the tunnel, but it isn’t daylight…)

 

Nine Inch Nails – Head Like A Hole

Hehehehhehehe. Ostatnio pisałam o nowym Oneohtrixie, miałam też o “Art Angels” Grimes – jednak obie te płyty są bardziej interesujące dla mnie jako krytyka niż dla słuchacza (Lopatin jeszcze jakoś się broni), więc ten drugi tekst spalił na panewce. Ale co ciekawego zostało mi po odsłuchach tych albumów to fakt, że oba w jakiś perwersyjny sposób odnoszą się do Nine Inch Nails, tylko że biorą na warsztat plastikowy, siermiężny pop-industral, ten prawdopodobnie najbardziej irytujący środek wyrazu nastoletniego buntu w muzyce popularnej. Skłoniło mnie to odświeżenia sobie tych fragmentów dyskografii, które mogłyby się jeszcze bronić i, o dziwo, okazało się, że “Pretty Hate Machine” zestarzało się o wiele lepiej niż “The Downward Spiral”. Szykuję się właśnie do lektury książki z serii 33 ⅓ o niej, a najczęściej słucham… “Head Like Hole”, bo mam wrażenie, że dopiero mając 24 lata i stojąc  przed, ekhm, życiowymi wyborami jestem w stanie skumać o co Reznor pruł tak mordę. No i nie ma w nim popadania w czczy kinder-nihilizm, jak w innych utworach NIN.

Top prawie 20

Kilka luźnych myśli o tym dlaczego musiałam w końcu napisać tekst o sytuacji kobiet w muzyce (w szczególności niezależnej), choć bardzo chciałabym żyć w czasach, w których mogę w świętym spokoju zająć się swoimi rzeczami

 

Tekst pierwotnie ukazał się w pierwszym numerze zina “Girls To The Front”

1. Lata lecą, a wciąż w tekstach czy nawet komentarzach o muzyce zdarza się, że ktoś użyje przymiotników takich jak “dziewczęcy”, “babski” itd. w znaczeniu pejoratywnym – zwykle jest to równoznaczne, z czymś, co ma być słabe technicznie, czy też bezbarwne (vide: niezbyt fortunny epitet “bez jaj”). Wiem, słyszałam wiele tłumaczeń, że “tak się tylko mówi” i nie ma co sobie psuć krwi z tego powodu. Jednak, gdy ktoś używa tego typu określeń, to nawet nieświadomie, ale no sorry, wartościuje muzykę ze względu na cechy stereotypowo przypisywane płciom. Za przykład niech posłuży fakt, że najpopularniejszy objazdowy festiwal w Polsce nazywa się “Męskie granie”. Pomysłodawcy zapewne chcieli, by dzięki temu ich marka kojarzyła się z czymś porządnym, mięsistym, wysokiej jakości; nie dałoby się zrobić imprezy “Damskie granie” i osiągnąć tego samego efektu marketingowego. Są różne narracje dotyczące kobiecości, ale czemu mainstreamowe wykonawczynie chcące uchodzić za “mocne, barwne osobowości” muszą się pchać do tego, by “męsko grać”? Nie mogą po prostu grać po swojemu?

2. Nie muszę wspominać, że zdarzyło mi się widzieć na forach dla gearheadów filmiki z kobiecymi pośladkami “służącymi” za perkusję, czytać wpisy o “robieniu histerii przez baby w trasie” i inne kwiatki, o których naprawdę nie chciałabym pamiętać…
3. Takich przypadkowych komentarzy nie powinno się jednak brać za reprezentatywną próbkę – co innego to, jak kobiety zajmujące się muzyką są pokazywane w dużych mediach. Choćby portal Pitchfork na początku jesieni opublikował tekst “Democracy of Sound: Is GarageBand Good For Music?”. Intencje jego autorki wydawały się dość dobre – chciała napisać zaangażowany artykuł o tym, jak niezbyt skomplikowany w obsłudze program do robienia muzyki sprawił, że wielu amatorów zakasało rękawy i zaczęło lepić dźwięki na własną rękę. Nie ominęła w nim też ciemnej strony tego fenomenu, czyli obniżenia jakości produkcji. Niestety, publicystyka jednocześnie wysunęła absurdalną tezę, że egalitaryzm GarageBand to jego “feministyczna wartość”. Stwierdziła, iż dzięki temu, że program nie posiada tylu opcji, kobiety chętnie po niego sięgają, bo nie czują się przytłoczone jego poziomem trudności. Jakby tego było mało, przepytywane przez dziennikarkę same artystki, takie jak choćby Julianna Barwick i Dee Dee z zespołu Dum Dum Girls, ulegały retoryce publicystki. Z licznych cytatów i analiz wyłania się więc potwierdzenie stereotypu, że kobiety – jako słabsza płeć – nie mogą się porywać na trudniejsze pod względem technicznym zadania, bo nie dadzą sobie z nimi rady.

Tego typu publikacje obecnie wydają mi się w dużo większym stopniu problematyczne niż same durne komentarze w internecie – to, nie obwijając w bawełnę, to ciche przyzwolenie na seksizm, w oprawie poważnego tekstu. Taki obraz artystek w mediach sprawia, że przestają mnie dziwić liczne teksty traktujące o małej ilości kobiet wśród gwiazd festiwali. W artykułach na tych samych portalach dziewczyny dostają przekaz, że są z góry na przegranej pozycji. Mogą co najwyżej, tak jak brutalnie podsumowano trio Haim, pokazać napisaną partię basu producentowi-mężczyźnie, który zrobi z niej wielki przebój. A to bynajmniej nie motywuje do rozpychania się łokciami i walczenia o swoją pozycję jako samodzielnej wykonawczyni.

4. Na szczęście, zmiany zwykle dzieją się oddolnie i już na scenie niezależnej sytuacja ma się zgoła inaczej. Choćby na Unsoundzie widziałam panel dyskusyjny, podczas którego organizatorki festiwalu Sustain-Release zwracały uwagę na to, jak ważne jest, by traktować obecność didżejek/producentek jako status quo. Ich taktyka jest o tyle ciekawa, że uważają za niepotrzebne podkreślanie płci artystów, a po prostu należy “przyzwyczajać” publiczność do obecności kobiet za konsoletą na organizowanych przez siebie imprezach. Ale ile osób, tyle podejść. Szukając na własnym podwórku, inspirowany ruchem riot grrrl cykl Girls to the front stara się budować bezpieczne środowisko integrujące dziewczyny – tak, by wykonawczyniom łatwiej było wyjść do ludzi, bez zagrożenia, że ktoś je potraktuje nie fair. Które z tych podejść jest lepsze? Trudno powiedzieć. Jeśli spojrzymy na scenę elektroniczno-eksperymentalną, o wiele bardziej progresywną pod względem akceptacji roli kobiet, widzimy, że wynika to z wieloletnich, narosłych w muzyce rockowej uprzedzeń. Jej mitologia jest dużo dłuższa, bardziej konserwatywna i często wiąże się z klasycznymi wzorcami męskości. Oczywiście, że niezależna scena gitarowa zawsze próbuje się od nich odciąć, ale nie ma co – bagaż gościa popisującego się, by poderwać dziewczyny solówką gitarową wciąż istnieje i wystarczy spojrzeć nie tylko do Teraz Rocka, lecz także do niektórych tekstów w Noise Magazine, by przekonać się, że to nie melodia przeszłości.

5. Inna sprawa, że na naszej lokalnej scenie niezal-rockowo/popowej istnieje niewiele projektów takich jak Evvolves, Enchanted Hunters czy Rosa Vertov (kiedyś pod nazwą The Willetts), co do których nie ma się wątpliwości, że dziewczyny pełnią w nich ważną rolę. Symptomatyczne, że wśród starszych polskich składów ze świecą szukać kobiet, które miały znaczący wpływ (nie licząc epizodu Anny Zaradny we Włochatym) na scenę muzyczną. W czasach, gdy znane mainstreamowe artystki jak Bjork, Grimes czy M.I.A upraszają się o uznanie ich za autorki swojego sukcesu (co zresztą jest dość smutne, że muszą to robić), na naszym podwórku brakuje po prostu autorek własnej muzyki z dużym dorobkiem.

6. Teraz wypadałoby dać jakąś receptę albo chociaż prognozę na przyszłość. Nie jestem ekspertką od praw kobiet, po prostu od wielu lat piszę o muzyce i “mówię jak jest”. Sama znam wiele dziewczyn, które brzdąkają coś w domu, ale boją się z tym gdzieś pokazać. Dobrze, że mogą to już zrobić choćby na Girls to the front, tyle że co dalej?

Kilka luźnych myśli o tym dlaczego musiałam w końcu napisać tekst o sytuacji kobiet w muzyce (w szczególności niezależnej), choć bardzo chciałabym żyć w czasach, w których mogę w świętym spokoju zająć się swoimi rzeczami

Dziewczyna bez zespołu

 

Nie jestem zbytnią fanką czytania wspomnień znanych muzyków – zapoznaję się z faktami tylko po to, by potwierdzić własne intuicje gdy piszę recenzję/artykuł, bo jako odbiorca najbardziej cenię sytuację, kiedy nie wiem wszystkiego i mogę sobie pewne rzeczy dopowiedzieć. Stąd moje zainteresowanie autobiografią Kim Gordon stanowi wyjątek potwierdzający regułę – to nie jest szablonowa publikacja tego typu. Już odkąd ogłoszono, co będzie się w niej znajdować, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

 

Tak się zdarzyło, że zrządzeniem różnych przypadków, słucham Sonic Youth przez prawie połowę swojego życia. Dzięki poznaniu tego zespołu tak wcześnie zaciekawiłam się bardziej eksperymentalnymi formami muzycznymi, a poniekąd też sztuką współczesną, bo pierwszą wystawą, na którą poszłam z własnej woli, było Beautiful Losers w łódzkim ms. Dla gimnazjalistki, która wybrała się tam z powodu obecności gitar swojej ulubionej grupy, konfrontacja z taką ilością sztuki powiązanej z tym, co lubi, było objawieniem – okazało się, że można odbierać ją w bardziej krytyczny sposób, osadzić to w szerszym kontekście. To też w jakiś sposób ukonstytuowało w moich oczach te bardziej niezależne czy wręcz nonkonformistyczne strategie artystyczne i sprawiło, że chciałam wiedzieć jeszcze więcej na ten temat. Gordon dość dużo napisała o tym, jak sztuka wpływała na to, co robi, opisuje przyjaźnie, znajomości czy nawet związki z takimi artystami jak Mike Kelley czy Jorg Immendorff i to, co z nich wyniosła. Jej książka to też ciekawe spojrzenie na to, jak wyglądał/wygląda rynek sztuki, ponieważ nie dość, że pisywała do Artforum, to również pracowała w galeriach.

 

Gordon wspomina przy tym falę sztuki feministycznej – to jak inspirowały ją dzieła choćby Barbary Kruger. Pamiętam, że widząc te prace w Pompidou mając osiemnaście lat, na wystawie poświęconej kobietom-artystkom, również byłam wstrząśnięta. O tym przede wszystkim jest “Girl in a Band” – to dość uniwersalna opowieść o kobiecie walczącej o funkcjonowanie na równych prawach w swojej pracy, związkach, relacjach międzyludzkich. Gordon zdaje sobie sprawę, że stała się swoistym archetypem “dziewczyny w zespole” – opisuje tego konsekwencje, to jak próbowała sobie z tym radzić. Bardzo utkwiła mi w głowie historia jednego z perfomance’ów, w którym brała udział – artysta postanowił ze znajomych instrumentalistek stworzyć zespół, który będzie prowokował w określony sposób publiczność do interakcji. Po występie pomysłodawca nie był zadowolony z tego jak dziewczyny wystąpiły. Gordon miała inne zdanie na ten temat i poczuła, że mimo dobrych intencji sam koncept był w jakiś sposób niefair – całym przedsięwzięciem kierował mężczyzna, a jego polecenia wykonywały kobiety. Postanowiły się zbuntować i kontynuować działalność zespołu niezależnie od artysty. Grupa nie przetrwała długo, ale Kim za to miała nowe doświadczenie, które uświadomiło jej, że musi szukać partnerskich relacji w swojej pracy. Stąd postanowiła powołać do życia ze swoim młodszym chłopakiem zespół, w którym po równo będą odpowiadać za to, co grają. Tak właśnie postało Sonic Youth.

 

Oczywiście nie zawsze było tak różowo – Gordon przyznaje, że gdy podpisali kontrakt z dużą wytwórnią, Geffenem, poniekąd jej wizerunek jako ładnej dziewczyny z gitarą był fetyszyzowany, by lepiej sprzedać dysonującą muzykę zespołu. Jednak koniec końców jej historia może być inspirującym świadectwem tego, jak zyskała niezależność jako twórca i osoba. Rozstanie z mężem i poniekąd rozpad Sonic Youth, przedstawiane w mediach jako swoista tragedia, też wydają się w książce Gordon czymś, co ją wyzwoliło.

 

Emancypacja to główny leitmotiv książki, ale nie tylko w kontekście feministycznym. Znajdziemy choćby dość zaskakujące wyznanie dotyczące choroby psychicznej starszego brata Kim. Artystka obrazowo pokazuje mechanizm współuzależnienia, w który uwikłana jest bliska rodzina schizofrenika. Z brutalną, ale potrzebną szczerością mówi o tym jak czuła się ofiarą w sytuacji, gdy sadystyczne występki brata były mu wybaczane, a jedyną reakcją rodziców na jego agresję wobec Gordon było “to oddaj mu”. Uważa, że przez to zaczęła się tak dobrze czuć na scenie – tylko tam mogła swobodnie siebie wyrażać. Przy tym krytykuje system opieki zdrowotnej, który nie stworzył sprawnego programu mogącego pomóc jej rodzinie oraz opisuje antypsychiatryczną “paranoję” przełomu lat 70. i 80., co pozwoliło mi lepiej zrozumieć, dlaczego właśnie w Stanach tak popularna stała się scjentologia. Bo przy okazji Kim wykorzystuje również swoją biografię do omówienia przemian kulturowo-społecznych, a nawet politycznych (wspomina zwycięstwo JFK, mocno dostaje się Reaganowi), które obserwowała. Koniec lata miłości, Charles Manson, z którym o mało jej brat nie zaczął się zadawać, koniec no wave’u, początek muzycznej nowej fali, grunge – wszystkie te zjawiska i jeszcze więcej zostają błyskotliwie omówione.


“Girl in a Band” jest na językach, bo zaspokaja ciekawość na temat tego, co naprawdę wydarzyło się pod koniec działalności Sonic Youth, oczywiście zachowując perspektywę Gordon. Do tego w pakiecie otrzymuje się kilka złośliwości pod adresem Courtney Love czy Billy’ego Corgana. Ale całe szczęście to nie tylko książka o tym – właściwie to lektura, którą można spokojnie przeczytać nie będąc wielkim fanem zespołu. Gordon ma spory talent do sprawnego posługiwania się dygresją – fakty z jej życia służą jej jako punkt wyjścia do szerszych refleksji. Przy tym pisze w dość uporządkowany sposób, nie zdarza jej się za bardzo zaplątać. Bywa bardzo zgryźliwa, ale ogólne przesłanie bardzo podnosi na duchu – w końcu, jak kiedyś napisała w eseju, a za nią miał to powtarzać krytyk Greil Marcus  – ludzie chcą płacić za to, by widzieć, że inni zaczynają wierzyć w siebie.

Dziewczyna bez zespołu

2013

Zebrałam wszystkie moje tegoroczne teksty w jednym poście, a poniżej wynotowałam inne swoje aktywności i z rozpędu się o nich rozpisałam. Jako, że zrobiłam to głównie po to by samej to uporządkować, a zarazem to trochę takie moje muzyczne podsumowanie roku (choć o wielu rzeczach nie zdążyłam napisać albo nie było/będzie dopiero ku temu okazja), to umieściłam pomiędzy listę ulubionych koncertów (jedyna, która się nie może zmienić) oraz notki o filmach i książkach, a nuż może kogoś zainteresują.

Vaporwave i okolice

Rytuał na zamówienie  (przy okazji – o Brance kiedyś pisałam tutaj)

Scott Walker (szczerze to wydaje mi się, że lepszy tekst o nim napisałam kilka lat temu, o ten)

Mike Majkowski – wywiad

Huerco S. – wywiad

przegląd Reckno (razem z Piotrem Tkaczem)

Boards Of Canada – Reach For The Dead

Off Festival 2013

Redakcyjna dyskusja przed OFF Festivalem 2013

Pheeroan akLaff – Warszawa, 20 lutego 2013

CTM Festival – Berlin

Bocian Night – Warszawa, 27 maja 2013

Europejskie Targi Muzyczne CJG

Przegląd polskich wydawnictw #2

Unsound 2013 – Targi Płytowe

– w duecie z Anią Szudek pisałyśmy o związkach chorób psychicznych z muzykalnością – niedostępne online, ale można nabyć tu. Podobno ten numer Res Publiki (pismo dotowane) rozdają studentom medycyny, przynajmniej w Poznaniu

Recenzje 2013: post scriptum (ode mnie  Matmos – Marriage of True Minds)

Kerridge – A Fallen Empire

Oneohtrix Point Never – R Plus Seven

RSS B0YS – TH T00TH 0F TH FTR

CoH – Retro-2038

Pete Swanson – Punk Authority [EP]

Merzbow & Oren Ambarchi – Cat’s Squirrel

My Bloody Valentine – m b v

Dalhous – Mitchell Heisman [EP]

– wywiad z Michałem z BDTA w Rwie, w dużej mierze tłumaczący “o co chodzi z tym Bolesławem Wawrzynem”, za jakiś czas będzie dostępny online

– blurb dla Bociana, płyta Bondi / d’incise / Demierre / Kocher – Öcca, trzeba kliknąć na stronie okładkę

inne aktywności:

Na Ripicie – odcinek 3 “surrealistyczne, ale miłe”, tak że aż powtórzone. Ten ostatni program musiał zostać zmontowany tak by wyszło 15 minut, a “surówka” trwała 2 godziny, więc siłą rzeczy wypadło trochę wątków albo zostały skrócone. Mówiłam m.in. o tym, że moje ulubione albumy to Ensemble Skalctrik (i ogólnie od zeszłorocznego winyla Nicka Edwardsa z uwagą śledzę to co robi)  i “Glass Tetany” Decimusa (swoja drogą jego “Kemunculan” to chyba najlepsza dla mnie taśma z Sangoplasmo, nie znam jeszcze wszystkich jego wydawnictw winylowych, ale po 2, 10 i 11 stwierdzam, że chyba warto, nie mówiąc o ciągłym wygrzebywaniu czegoś z dyskografii No-Neck Blues Band, w tym roku dużo słuchałam “Qvaris”), ale nie miały specjalnie wypływu na muzykę “popularną”, więc wyróżniłabym “R Plus Seven”. Do tego nie mogę odsłaniać przecież wszystkich kart, bo muszę coś mieć do listy rocznej na Screenagers, choć wiadomo, że to bardzo umowne. I sprawa koncertów – oczywiście bardzo dobre były te wszystkie improwizacje Zeranga, które widziałam, szczególnie z Joe McPhee i Lonberg-Holmem, ale było też wiele innych występów z 2013, które mi się bardzo podobały. Oto one, FB pomógł mi sobie przypomnieć to i owo, ale nie wszystko, więc zaburzyła się trochę chronologia i możliwe, że o czymś zapomniałam. Oczywiście każdy zasługiwałby na dłuższy tekst:

Evol – Berghain, CTM

Kerridge – Berghain, CTM/Hotel Forum

Ghedalia Tazartes – Hau2, CTM

Ballister – Powiększenie

Swans – Stodoła

Joshua Abrams Natural Information Society – Cafe Kulturalna

Romanoski/Lemiszewski – Fawory

Radioda/Jedność – Eufemia

Rushford/Talia – CSW, Bocian Night

The Kurws – Eufemia

Shackleton – Dolina Trzech Stawów, Off

The Thing – Pardon To Tu

Schloss Mirabel + Rino-Speaking Music – Powiększenie, Brutaż

Wilhelm Bras – Cafe Kulturalna, Vatican Vibes

Promieniowanie – Eufemia

Brotzmann/Trzaska/Mahall/Quatrana/Moretti – Pardon To Tu

My Bloody Valentine – Dolina Trzech Stawów, Off

Nate Young – Manggha, Unsound

Stara Rzeka – Manggha, Unsound

DJ Richard (DJ set) – Hotel Forum, Unsound

The Phantom (DJ set) – Klub Re, Unsound

Regis – Hotel Forum, Unsound

Robert Rich – Hotel Forum (niestety tylko 2h)

Altar of Plagues – Muzeum Inżynieri Miejskiej, Unsound

Lotto – CSW

The Necks – CSW

Piotr Kurek – Cafe Kulturalna, CJG/Bajkonur, LDZ Music Festival

Trzaska/Majkowski – Pardon To Tu

Rempis/Damsiewicz/Traczyk/Zerang – Pardon To Tu

Pheeroan akLaff i bardzo dużo gości – Pardon To Tu

Napalm of Death – Park Sowińskiego

Złota Jesień – CDQ

Kapacitron – Pardon To Tu

specjalne: Totemy/Unrobe – 4 pokoje, bo nigdy nie byłam wcześniej na wieczorze kawalerskim, już nie mówiąc o takim, gdzie grają cover “Let It Be”

– spontaniczne współprowadzenie audycji z Ryśkiem i Maćkiem w Żaku, pamiętam, że puszczałam m.in. Foodmana, Helenę Hauff i The North, “surrealistyczne, ale miłe” [2]

– właśnie, ten gniot, Notting Hill, leciał w telewizji, kiedy współtłumaczyłam “Trzy gesty w muzyce noise” dla Glissanda. Artykuł dość ciekawy, choć bardzo analityczny, cieszy obecność na łamach m.in. My Bloody Valentine (nigdy dość) i śp. Lou Reeda (pierwszym kupionym przeze albumem było TVU & Nico, natomiast w tym tekście sporo miejsca zajmuje wytłumaczenie fenomenu “Metal Machine Music”. Choć trzeba przyznać, że sam Lou zrobił to pod koniec życia lepiej, co moim zdaniem, prowokuje dość ciekawe pytania, a może nawet wnioski związane z pisaniem o muzyce).

– mam na koncie dwa wideowywiady (jeden i drugi) – ciekawe doświadczenie, dobrze się przy nich pracowało, ale na dłuższą metę to nie moja działka

– przez większą część roku przygotowywałam newsy o muzyce dwa razy w tygodniu do ekraników w warszawskim metrze. Tak, zobaczenie swojej notki w zatłoczonym wagonie to prawdziwy mindfuck… Dzięki redagowaniu ich przez świetną korektorkę mam wrażenie, że już nie przesadzam z wielokrotnie złożonymi zdaniami, jak kiedyś. Ale wciąż je lubię, niespecjalnie chciałabym popadać w zbytnią lapidarność.

– mam też epizod na stanowisku “człowiek od contentu okołumuzycznego” dla międzynarodowej korporacji, czego nie żałuję, bo dzięki temu wiem, że to praca nie dla mnie, pod wieloma względami. Co prawda, przez to moje kieszenie stały się trochę bardziej puste, a biografia zbliżona do kiczowatych artykułów z Na Temat w dziale Styl Życia, ale jeśli pretensjonalna i naiwna jest chęć posiadania wolnego czasu to… wolę być pretensjonalna i naiwna.

– prowadziłam panel “Polska prasa muzyczna. O kondycji dziennikarstwa muzycznego” na Konferencji Muzyka a Biznes i po tym wydarzeniu doszłam do dość trywialnego wniosku, że zbytnie racjonalizuję niektóre rzeczy. Od tamtej pory starałam się częściej ufać swojej intuicji i nie tracić aż tak dużo czasu na długie zastanawianie się nad tym to czy to co robię ma sens, czy nie. Oczywiście nie zawsze się to udawało, ale warto próbować… I dlatego powstała Rwa.

– zdarzyło mi się też największe faux pas w historii mojego pisania o muzyce, oprócz oczywiście walnięcia “puszcza kampinowska” w relacji z Unsoundu 2012. W sumie nawet lubię ten tekst, ale z tą całą krytyką muzyczną jest tak, że błędy merytoryczne kładą cień na resztę roboty i nie ma co się temu dziwić, w końcu informacyjność to ważna sprawa w tego typu publikacjach. Przy okazji – chyba najlepiej napisany tekst o muzyce jaki czytałam w tym roku po polsku to ten Michała Fundowicza o Aaronie Dillowayu (Glissando #22), mam tutaj na myśli świetny język jakim posługuje się autor, a przy okazji można się sporo dowiedzieć. Wyróżniłabym jeszcze kilka, ale niezręcznie oceniać kolegów/koleżanki, niech każdy robi swoje najlepiej jak potrafi.

– na trzy miesiące wróciłam na stanowisko redaktora programowego Screenagers (ostatnio tym się zajmowałam, bodajże, w 2011, teraz tylko wspomagam Michała i Karola oraz Sebastiana), ale właśnie kończę swoją misję tzn. ostatnie projekty na których mi zależało. Jeden z nich będę na pewno kontynuować. Ogólnie polecam pisać do Scr, jeśli ktoś ma uczulenie na pojęcie deadline’u i ceni sobie dopracowywanie tekstów. Przy chłopakach sporo się nauczyłam, nie wiem czy nie najwięcej do tej pory, ale miałam nie być niezręczna, więc już przestaję.

bisajdy i rarytasy:

– chyba sporo czytałam książek w 2013, więc ku pamięci odnotuję kilku autorów, którzy stali się dla mnie ważni. Przede wszystkim Robert Walser, Harry Mathews, Raymond Roussel i najnowsze “odkrycie” – Alejo Carpentier (dzięki, Oskar!). Wróciłam też do np. Borgesa. Udało mi się po kilku latach, z przerwami, skończyć nieszczęsne “W poszukiwaniu straconego czasu”, co jest obiektem żartów mojego współlokatora (nie dziwię się). Nigdy nie czytałam wcześniej tyle poezji, co też bywa już memem w moim mieszkaniu, bo popularność piosenki autorskiej na Trójce nie sprzyja dobremu wizerunkowi tego gatunku. Wracałam często do bardziej konwencjonalnych tomików np. Levine’a i Garego Snydera, trochę do Larkina, a jednocześnie próbowałam zrozumieć publikacje wydawane przez Rozdzielczość Chleba (dzięki Paweł B!). Choć chyba wolę Brunona Jasieńskiego. I jeszcze kilku innych, ale nie jestem żadnym literaturoznawcą by się o tym rozpisywać, czytam często w zupełnie przypadkowy sposób i chyba mi to pasuje.

–  za to wciąż jestem jak dziecko we mgle, jeśli chodzi o filmy i jeśli mam jakieś postanowienie noworoczne to oglądać ich więcej. Średnio wiem co się działo w tym roku w kinach, starałam się nadrabiać zaległości. Poznałam “Cremaster”, “Kwiat granatu” czy “Wax, or the Discovery of Television Among the Bees” i jak mi się w jakiś sposób podobały to nie za bardzo potrafię wytłumaczyć dlaczego. Obejrzałam też chyba wszystkie filmy Casavettesa czytając ten świetny wywiad-rzekę. Z bardziej rozrywkowych obrazków to bawiły i wzruszały mnie “Kamikaze Girls”, “I am a sex addict”, “I’m still here” (dzięki Gosia!), “Enigma z Lochness” (nie znałam takiego Herzoga) i dzięki Adzie doceniłam serial “Czarodziejki z Księżyca”, a Jackowi “Xavier: Renegade Angel”.

2013

Z szuflady: Important Records 2012

Ten tekst również oryginalnie  miał iść w podsumowaniu 2012 Glissanda, które z racji zawirowań w końcu się nie ukazało. Więcej szczęścia miał artykuł o vaporwavie, który doczekał się publikacji na Screenagers, śpiączka tego bloga wynika głównie z tego, że staram się pisać raczej dla tego portalu.

Właściwie zaczynając w 2001 od wydania płyt Merzbowa i Daniela Johnstona Important Records ciężko pracowało na to by żaden z tekstów o nich nie mógł się obejść bez obowiązkowego żartu z nazwy. Po 369 wydawnictwach wytwórnia stała się ostoją tej bardziej przystępnej, okiełznanej muzyki eksperymentalnej, jednocześnie nie grzeszącej brakiem ambicji artystycznych, czasem zdradzając ciągoty etnomuzykologiczne.

Działalność niestrudzonego szefa, Johna Briena, przypieczętowuje dwunastopłytowy box poświęcony Pauline Oliveros. Kompiluje on niewydany wcześniej materiał z wczesnych lat jej pracy, dla której punktem wyjścia było usłyszenie w wieku 20 lat w radiu KPFA-FM kompozycji Stockhausena, Berio and Pousseu. Nie ma ani odrobiny przesady w nazywaniu “Reverberations: Tape & Electronic Music 1961-1970” ważnym dokumentem historii początków muzyki elektronicznej. Label podkreśla obecność pierwszego utworu na taśmę kompozytorki, reszta tej niewyobrażalnej ilości muzyki została zorganizowana chronologicznie według miejsc w których została stworzona. To całkiem udany prezent z okazji jej 80 urodzin wraz z dwoma albumami koncertowymi Deep Listening Band.

Ale to nie jedyne ważne archiwalia w Important z 2012. Ustad Abdul Karim Khan był hinduskim śpiewakiem zmarłym blisko 70 lat temu, który innowacyjnie podchodził do improwizacji wokalnej wpisanej w założenia tradycyjnej ragi. Rozwinął styl nazywany merukhand polegający na permutacji (wariacji z powtórzeniami) pewnego ustalonego zbioru nut, ale też inne techniki oraz gatunki klasycznej muzyki indyjskiej. “1934-1935” to nagrania z sesji, które odbywały się dwa lata przed śmiercią muzyka.

Przy okazji warto wspomnieć o antologii może niezbyt przełomowych, ale całkiem solidnych utworów Nadji. To materiał pochodzący ze wcześniej wydawany przez Aidana Bakera i Leah Buckareff uprzednio na splitach czy tylko na winylach. To jedne z ciekawszych ambientowo -drone metalowych kompozycji zespołu, które na pewno są bardziej różnorodne, eksperymentalne i przestrzenne niż tegoroczny album duetu “Dagdrøm” nagrany z perkusistą Jesus Lizard, w trochę zbyt oczywisty sposób łączący cechy obu wspomnianych formacji.

Ale nie tylko imponujące nagrania archiwalne wydawały się ciekawe wśród propozycji wytwórni na ten rok. Duane Pitre na swoim “Feel Free” do wygenerowanych w programie Max/MSP struktur melodycznych i rytmicznych dla gitary pozwala doimprowizować sekstetowi swoje partie. Ta luźno odwołująca się do aleatoryzmu wizja zaowocowała prawdopodobnie najlepszym minimalistycznym albumem minionego roku. A na pewno jedynym do którego można dokupić pasującą deskorolkę…

Podobnie  zaskakującym pomysłem wydaje się reinterpretowanie “Bitches Brew” przez stale nagrywający dla Important kolektyw Acid Mothers Temple. Sam tytuł albumu (“Son of A Bitches Brew”) oraz nazwy utworów zostały potraktowane z charakterystycznym dla Japończyków humorem, jednak nie wykluczyło to całkiem poważnego podejścia do odtworzenia legendarnego brzmienia z elektrycznego okresu twórczości Milesa Davisa. W wykonaniu tego zespołu cały koncept brzmi najbardziej kosmicznie i psychodelicznie jak może, dla miłośników oryginału ciekawym doświadczeniem może być odnajdywanie kolejnych kreatywnych cytatów. Zarzutem może być spory chaos, jednak pamiętajmy, że to Acid Mothers Temple – próba uporządkowania mogłaby tylko zadziałać przeciwko tej muzyce.

Upodobanie do ładu, ale niezbyt przesadne, jest za to domeną L A N D. Projekt dowodzony przez Daniela Lea i Matthewa Watersa proponuje dark jazz, którego instrumentacje mają też wiele wspólnego z wczesną post rockową manierą charakterystyczną dla Bark Psychosis czy Talk Talk z okresu “Laughing Stock”. Tropem do zrozumienia “Night Within” jest też gościnny udział m. in. Davida Sylviana.  Możliwe, że dlatego w większości tekstów próbujących opisać ten album pojawia się zdanie o “soundtracku do nieistniejącego filmu”. Zdaje się, że jest to jednak znacznie ciekawszy, bo mimo miksu wykonanego przez Bena Frosta, daleko mu od ładnych, ale nudnych krajobrazów dźwiękowych. Saksofon wydaje się iście zornowski, rytm zmienny, nie brakuje dysonansów, przesterów i innych składowych sprawiający, że ta wyglądająca na papierze na koszmar muzyki środka płyta zyskuje na nieprzewidywalności.

Nie zaskoczyła natomiast nowa płyta Jamesa Blackshawa. Gitarzysta konsekwetnie wyczerpuje spuściznę amerykańskiego prymitywizmu, dodając do niej utwory na pianino i głos Geneviève Beaulieu z Menace Ruine oraz nawiązanie do opowiadań Alice B. Sheldon. W tym momencie nie sposób nie nawiązać do innej pozycji w katalogu Important – duecie Josefa Van Wissema z Jimem Jarmuschem, “Concerning the Entrance into Eternity”. Lutnista i gitarzysta znaleźli siebie na wzajem, odwołując się do podobnych źrodeł do Blackshaw, jednak w całej swojej oszczędności środków udało im się zachować indywidualizm każdego z muzyków dzięki odpowiedniej artykulacji. Stąd to właśnie oni wydawali się bardziej pełnoprawnymi kontynuatorami tradycji Johna Faheya, swoja drogą ważnej postaci w historii wytwórni.

Powyższe albumy nie są wszystkimi firmowanymi przez Important Records w minionym roku. Niestety przy blisko 50 wydawnictwach rocznie trudno by było o opisanie każdego z nich, ale to daje ogląd na to jak intensywny i udany był 2012 dla tego labelu.

.

Z szuflady: Important Records 2012

Z szuflady: PAN 2012

Oryginalnie ten tekst miał iść w podsumowaniu 2012 Glissanda, które z racji zawirowań w końcu się nie ukazało. Cytaty z Billa pochodzą natomiast z wywiadu, który zrobiłam dla Niezala Codziennego, użyłam informacji które się jeszcze nie zdezaktualizowały. 

“I’m trying not to do just a record label, a lot of artists that I worked with are visual artists or contemporary artists, they have many different activities and I’m interested in having this as a platform to do more things, the record shouldn’t be the only medium. We do exhibitions, book reading, publicity, because I think it’s important to understand the language of music in the deeper way than just listening pleasure”.

Tak właśnie zdefiniował swoją działalność Bill Kouligas, mózg PAN, kiedy rozmawiałam z nim w październiku podczas festiwalu Unsound. Siedząc w oberży na Kazimierzu stolik obok pary planującej z ekipą specjalistów ślub na wieleset osób, miało się wrażenie, że ten człowiek ma równie ambitne zamiary. Takie jak wydanie “some experimental works with synthesizers by Bob Ostertag, a musician from San Francisco, which he did in the early 70s” czy kolejnych albumów Helm, Heatsick i NHK Koyxena.

Już wcześniej PAN wypracował sobie pozycję na rynku winylowym między innymi wznowieniem Sun Pandämonium Heckera czy choćby albumami Ghedalii Tazarteza i Keitha Fullertona Whitmana, ale to w 2012 nazwa tego labelu zdominowała dyskurs muzyki eksperymentalnej, goniąc tym samym Edition Mego. Wrażenie robiła kolaboracja Miki Vainio (1/2 Pan Sonic) , Lucio Capece, Kevina Drumma i nowatorskiego trębacza Axela Dörnera, który grał już z wszystkimi – od Keitha Rowe’a przez Otomo Yoshihide po Mike’a Pattona. Efekt ich sześciodniowej sesji, “Venexia”, to świeży powiew w kategorii dźwiękoszukactwa. Ale uwagę mediów przykuł szczególnie Lee Gamble ze swoimi kolażami stworzonymi ze starych taśm z junglem. Diversions 1994-1996 to dość ciekawa propozycja, ale nawet podczas mojej rozmowy z Billem Kouligasem dało się wyczuć, że prawdziwym wydarzeniem będzie Commercial Mouth Jar Moffa. W październiku jeszcze nie umiałam zapisać tej nazwy, jednak zgodnie z intrygującą zapowiedzią wydawcy (“He is a pop-rooted producer who went completely abstract and it is an artificial collage of sound of YouTube and Internet in general.”) album stał się jednym z większych odkryć 2012.

W tej kategorii można zapomnieć o Heatsicku. EP-ka Déviation to odważniejsze rozwinięcie pomysłów z poprzedniej Intersex w formie bardziej przemyślanych utworów. Echa wczesnej twórczości artysty na Casio wydawanej na kasetach są bardzo wyraźne, bo wiele fragmentów brzmi retro – pierwszym elementem każdej kompozycji, na który zwraca się uwagę jest motyw przewodni, który mógłby się pojawić w grze typu Jack Jazzrabbit, szczególnie mam tu na myśli „Cetait Un Rendez-Vous”.  Wszystko jest bardzo (poli)rytmiczne, ważną rolę odgrywają sample z cowbelli czy bongosów. Spotkałam się z określeniem hypno-disco na to co można usłyszeć na „Déviation”, co nie dziwi, szczególnie, że ostatnie „No Fixed Address” dzięki samplowanemu saksofonowi basowemu, męskim krzykom i zmysłowemu zawodzeniu brzmi jak muzyka plemienna z przeznaczeniem do Berghain.

Sporym wydarzeniem była też premiera Dance Classics vol. 1 NHK Koyxena. Kouhei Matsunaga brawurowo wypowiedział się w temacie abstrakcyjnej elektroniki mając za punkt wyjścia późne dokonania Autechre czy choćby twórczość Aphex Twina.  Niestety, nie tak udany był debiut Helm, który na tle innych wydawnictw labelu wydaje się dość zachowawczą muzyką elektroakustyczną. Szczególnie przy esstends-esstends-esstends Bena Vidy, który pozostaje pod wpływem muzyki konkretnej. Do tego artysta bawiąc się w spatial music próbuje zatrzeć wrażenie stereofonii. Dzięki temu stworzył jeden z najbardziej fascynujących ubiegłorocznych albumów.

Oprócz wysokiej jakości zawartości muzycznej płyty z PAN wyróżniają się niezwykle estetycznym wydaniem, na 140-gramowych winylach w zadrukowanych foliach PCV. Wątek ten jest wyjątkowo eksploatowany w kolejnych publikacjach dotyczących wytwórni, jednak sam Kouligas przyznaje, że przykłada do tej kwestii dużą wagę:

“I started the label as a platform to release my own graphic art, it’s nice to see how all this thing came together, as a whole package. It’s really important to me to link the artwork with the music. You know, music record isn’t just some tunes, there is lots of other things involved. It’s something I remember as a teenager, I didn’t know all these records but I was fascinated by all these covers. People also understand the dialogue between cover and music”.

Faktycznie rozumieją, bo trudno nie stwierdzić, że 2012 rok należał w dużej mierze do tego labelu. A przytoczone zapowiedzi na 2013 rok sprawiają, że można prorokować, że to dopiero początek.

Z szuflady: PAN 2012