O zaletach diety bogatej w potas

Unikam pisania takich okolicznościowych laurek, no bo co ja będę z moją małą motyczką porywać się na coś tak dużego i promieniującego na tak wiele różnych terytoriów w muzyce jak pół wieku z The Velvet Underground & Nico. Mam jednak to szczęście, że ten album zdarzył mi się na etapie początkowym moich muzycznych poszukiwań, był czymś dla nich formacyjnym, wyznaczył kierunki. Tak też mogę zawęzić jego percepcję do moich własnych doświadczeń. To mój blog, więc czemu nie.

Śmiesznie do tego doszło, bo przez… zespół Placebo. Wpadłam na nich dość wcześnie, ale zaczęłam się nimi bardziej interesować, bo ktoś tam w mojej klasie w “gimbazie” fanował – wiadomo, że wtedy szuka się jakichkolwiek symptomów zainteresowania inną muzyką, więc lepszy rydz niż nic. Tutaj jednak chwila na dygresję, bo może przez Piotra Stelmacha i jego determinację w promowaniu tego brytyjskiego tria na antenie Trójki, wszyscy mieli już mdłości. Tzn. właśnie nie wszyscy, bo jakoś zapełniają w Polsce stadiony za każdym razem, jak przyjeżdżają. W każdym razie wszelkiej maści niezalowi pismacy to na pewno nie poczuwali się do opisania tego fenomenu, wszystko zagospodarował “ten koleś od 3-maj z nami”. A myślę, że niesłusznie, bo nawet jeśli “Placki” mają wkładkę w Teraz Rocku (w sumie nie wiem czy była), to raczej nie o tym, że są gąbką wchłaniającą różne objawy nie-takiej-oczywistej historii rocka, od glamu po “elektroniczne wstawki”. Brian Molko w swoim czasie nie zrozumiał jednak powagi sytuacji a może właśnie go to przytłoczyło, że nawet Bowie chce z nim śpiewać i do tego może być ikoną LGBTQ akceptowaną przez większą publiczność. Z jakiegoś powodu zaczął pisać jęczące ballady z tekstami typu “you’re a one of God’s mistakes”. Jakby co, to jestem zdania, że czym starszy Bowie tym może nawet bardziej wiedział w kogo inwestować (choć przecież nie pokuszę się o obronę jego duetu z Mickiem Jaggerem – z całym szacunkiem dla Jaggera, ale nie ma ludzi idealnych), inna sprawa, że czasem mu chyba brakowało cierpliwości, by poczekać aż ktoś był gotowy. No ale Bowie nie był jedyną główną inspiracją, na którą Molko ochoczo powoływał się w wywiadach – drugą stanowiło właśnie The Velvet Underground.

O tym zespole trudno było wtedy znaleźć coś w polskojęzycznym internecie, jakieś skrawki. Z tego na co mi wystarczyło angielskiego wynikało jednak, że to chyba całkiem ważna sprawa – przecież niby każdy, co ich słuchał to założył zespół. Niczego więcej się nie dowiedziałam na tamten moment, bo była akurat przecena w Media Markcie i “Andy Warhol” czekał na mnie za niecałe dwie dychy. Zainwestowałam w ciemno, bo mieszkając “tam gdzie diabeł mówi dobranoc” ściąganie z zawirusowanej Kazyy zbyt testowało moje zdrowie i cierpliwość. To też miało taki plus, że jak już szarpnęłam się z kieszonkowego na płytkę to później musiałam ją dokładnie poznać i przemyśleć.

Z perspektywy czasu naprawdę cieszę się, że to było akurat to, bo wyważyło mi kilka drzwi, które można wyważać latami. Często, co prawda, spotyka się za nimi ścianę i jeszcze próbuje ją kuć, ale np. obecność tak klasycznie pięknych piosenek jak “Sunday Morning” czy “I’ll Be Your Mirror” uchroniła mnie przed poczuciem, że musi być tylko “cały syf świata”. Na TVU&N rzężące gitarki uwypuklają wspaniałe piosenkopisarstwo i dostojne aranżacje, to bardzo dla mnie ważna cecha tej płyty. Zresztą dla koncertu Johna Cale’a wykonującego “Paris 1919” odpuściłam sobie kiedyś Pere Ubu na pewnym festiwalu – to ważna formacja, muszą być jednak jakieś priorytety, co nie? Zresztą i tak później byli w Polsce. Cale też, ale już tam. Choć trzeba napomknąć, że pokorne słuchanie “albumu z bananem” to również lekcja, że warto szukać w chaosie jakiejś struktury kompozycji, bo czasem ją się zbyt pochopnie ignoruje.

Jednocześnie to, że The Velvet Underground & Nico pojawiło się u mnie jak tzw. Filip z konopi, bez żadnego przygotowania, sprawiło że łatwiej mi, a czasem wręcz zbyt radykalnie, poważać utarte na polskim i nie tylko poletku kanony muzyczne. Na przykład z półki płytowej wujka pożyczyłam sobie Duran Duran i Ultravox, a nie tknęłam małym paluszkiem “The Wall” Pink Floyd, tak a propos ścian. Z czasem oczywiście zapoznałam się z tym, co na niej jest, ale bez poczucia, że muszę to koniecznie polubić. Okazało się później, że Syd Barrett jest super, nawet z tym całym Pink Floyd – no ale wciąż “The Wall” to naprawdę nie moja parafia. Może posłucham w końcu interpretacji “Dark Side of The Moon” w wykonaniu Flaming Lips (bo tylko oni mogli sobie na coś takiego pozwolić) i w dziwny sposób bardziej polubię się z pierwowzorem. No ale wciąż nie z “The Wall”, proszę…

Wracając jednak do meritum i tak już podsumowując, to gdyby nie Lou Reed to ja nie wiem. Po pierwszych odsłuchach “banana” wydrukowałam sobie jego teksty z internetu (moja biedna wersja książeczki ich nie ma) i próbowałam zrozumieć o co chodzi. Nawet nie wymagało tyle siedzenia ze słownikiem, co obczajenia, że to jego słynne zblazowane upodobanie do perwersji to mieszanka fascynacji, przerażenia i rezygnacji z gdzieś tam podszytą nadzieją. Bardziej “stara, ja wiem, że jest fajnie, ale jednak stać cię na więcej” niż kampania społeczna lub dyskografia Brian Jonestown Massacre. Do dziś żałuję, że nie pojechałam na koncert Reeda w bodajże Kongresowej, gdzie wykonywał “Berlin”. Wydawało mi się wtedy, że fenomen tej postaci jest tak duży, że czy się go widzi, czy nie – to nie ma znaczenia. Ostatnio jednak kolega opowiadał jak Brian Wilson podczas koncertu najpierw kazał ludziom klaskać a potem zabronił i był oburzony, że to robili. W tej anegdocie jest więcej na temat natury tego geniusza-szaleńca niż w niejednym erudycyjnym tekście, choć oczywiście one też są nam potrzebne. Tak więc tak naprawdę to chciałabym nie dość, że zobaczyć występ Lou Reeda, to uściskać jego dłoń i odbyć długą dyskusję o Kanyem Weście, jak też nie o czymś innym. Niestety już tego nie zrobię, ale pocieszam się, że teraz już to wiem i postaram się popełniać mniej takich błędów. A najlepiej w ogóle.

PS1. Pamiętajmy, że nie bez powodu James Murphy nawiązuje w swoim “manifeście” (to był mój mały hymn w liceum, gdy już mieszkałam w mieście i miałam naprawdę szybkie łącze, ale na studiach dopiero zaczęłam tego wszystkiego trochę dokładniej słuchać) do śmierci Nico (jak i do tej jednej piosenki Peech Boys, no ale w sumie dlaczego nie). Miała piękne solowe piosenki, choć dla mnie tak przerażająco smutne, że jednak nieporównywalnie więcej czasu spędziłam z “prawdziwą” drugą połową Lou – Laurie Anderson. Razem tu muzykują w jego piosence, a tu w jej i to lepszej (przypominam, że nawet Lou Reed, podobnie jak Bowie, był tylko człowiekiem). Z czasem naprawdę uważam, że ona i on to artyści tej samej klasy, nie żartuję!
No ale wciąż kower “My Only Child” to najlepsza rzecz Starej Rzeki.

PS2. Założyłam nawet parę zespołów, ale żaden nigdy nie zagrał próby – stety czy niestety zawsze zbyt mnie nosiło by siedzieć przy instrumencie, nie mówiąc już o poceniu się z kimś na salce. Mogłam powiedzieć, co ktoś ma grać i jak to nazwać, ale ktoś to musiałby robić za mnie. Wykonawstwo to jednak sprawa dużego kalibru w tym wszystkim, więc tak serio to nigdy nie wyszło to poza anegdoty towarzyskie. Nie liczę też paru koncertów improwizowanych, gdy nagle lądowałam na scenie i musiałam coś zrobić, bo to była raczej nie było świadome. Namawiam jednak do uważnego słuchania TVU, z/bez Nico, i zakładania grup muzycznych. Podobno najlepiej się uczyć grać na próbach, więc jeszcze wszystko przed nami.

O zaletach diety bogatej w potas

mój mały wybór polskiego internetowego pisania o muzyce

 

Mam kilka rozgrzebanych dużych rzeczy, ale coś mnie natchnęło, że nie ruszę się z niczym w żadną stronę dopóki nie dokończę realizacji tego śmiesznego pomysłu, który chodzi mi po głowie od dawien dawna. Chodzi o to, że chciałam gdzieś zebrać moje ulubione teksty z polskiego muzycznego internetu.

Przy okazji to ostatnio zaczepił mnie na imprezce jakiś gość, był mocno wstawiony i coś bełkotał, ale jakaś taka mądrość z tej jego gęby wynikała. Z tego, co zrozumiałam, mówił, że przeczytał coś co napisałam i coś tam, i że trzeba pisać manifesty, i zakładać kolektywy ludzi myślących o różnych rzeczach podobnie. Poważnie to wszystko brzmiało, a ja jestem średnio poważna, ale człowieku – nie wiem jak się nazywasz i jak cię znaleźć w internecie, ale jeśli to jakoś do ciebie dojdzie to się odezwij, bo chciałeś coś gdzieś tam stworzyć i to chyba zapowiada się nieźle. A więcej o tym i o tamtym poniżej. Zachęcam też do podsyłania w komentarzach innych tekściorów, których tutaj nie ma a je lubicie. I ogólnie do kontaktu w sprawach wszelkich – nie gryzę, jak coś to tylko troszeczkę i w dobrej wierze. 

Wciąż nie wiem czy czuję się na tyle pewnie, żeby np. napisać o The Beatles. To nie jest zwykła kokieteria, po prostu zanim napiszesz o The Beatles musisz najpierw ich posłuchać (ale tak naprawdę!), przeczytać przynajmniej srogi przekrój tego, co już było o nich napisane (a tego jest dużo, “jak coś”), a potem o tym zapomnieć, przypomnieć, zapomnieć, ogarnąć po drodze pierdyliard niezwiązanych (pozornie) z tym rzeczy i może wtedy ci się uda przyzwoity tekst, taki że chociaż nie będzie wstydu przed własną matką.

Tak się składa, że mogłam w tamtym roku napisać o The Beatles (w końcu zrobili to Szwed i Weicher), ale też przecież o Davidzie Bowiem, Prince’ie, Paulinie Olivieros, Lemmym, Pierre Boulezie, George’u Michaelu, może nawet Michale Bristigerze i paru innych, w 2016 było ku temu aż za wiele okazji. Nic z tym jednak nie zrobiłam, bo to było wszystko za dużo. Nie że nie chciałam, po prostu po iluś tam tekstach i kilku innych sprawach, na świecie, tarara, w głowie pojawił się chaos, za dużo bodźców. W takich momentach trochę na początku wpada się w panikę, chce się wszystko rzucić w pizdu, ale jako, że to już mnie to kiedyś spotykało, wiedziałam, że to dobre. Bo prawdopodobnie zacznę robić coś nowego, by jakoś skanalizować to i owo, ale też odciągnąć myśli, bo inaczej idzie zwariować. Tzn. chodzi mi o to, że warto sobie powariować, ale z szacunkiem do siebie i tak by z tego coś wynikało. Znam kilku takich, co naprawdę rzucili pisanie w pizdu – czasem dzięki temu zajęli się czymś, w czym faktycznie bardziej się spełniają, pisanie było tylko etapem. Inni wrócili do tego z nowym podejściem, jakąś odskocznią od tego i piszą jeszcze lepiej niż kiedyś, bo stało się dla nich ważniejsze albo mniej ważne. Znam też takich, co siedzą na tyłkach i wciąż jęczą.  

Mając taką wiedzę zastanawiałam się, co dalej – siedziałam i myślałam niczym Beata Kozidrak we własnej osobie. Tj. nie cały czas, czasem muszę coś włożyć do gara, bo i przecież nie ma z tej całej krytyki muzycznej kokosów i ogólnie działo się dużo ciekawych spraw poza tym. Co jednak tam wysiedziałam w tej kwestii to moje. Doszłam do wniosku, że jeśli ta donkiszoteria kręci cię mimo wszystko, to dlatego, bo ktoś kiedyś zrobił coś, co skłoniło ciebie by samemu zacząć. Mogło być to nawet w pierwszym momencie wkurzające, ale na tyle dobrze zrobione, że coś tam pyknęło i już nie było wyjścia.

Zauważyłam też, że nie lubię piszących, którzy nie czytają innych piszących. I niby niekoniecznie tych, co o muzyce (na to kiedyś mnie bardzo wyczulił Paweł Sajewicz, że to się łączy, dzięki serdeczne), ale jednak wypada wiedzieć, co się dzieje/działo na naszym podwórku, zamiast myśleć, że się wynalazło koło. Nie ma już “Czytam prasę muzyczną dla beki” czy “krytykamuzyczna.txt”, żeby trochę wychowywać nas wszystkich, nawet jeśli to był bardzo zimny chów.

(tutaj czas na Sandrę Bernhard o potrzebie funku, ale później również o tym, że bez kogoś tam jestem niczym – dlatego warto obejrzeć też po piosence; aa, i nie mogę wstawiać okienek jutuba, bo to już teraz opcja premium w WordPressie, trzeba klikać; no ale bez przesady, dacie sobie radę, jesteśmy dzielni)

Oświeciło mnie, że kiedyś to już czytałam, rzecz jasna u Marka, w kontekście generycznych zespołów. Ale Marek to sobie też pożyczył – od tych wszystkich wykonawców, których w tej klasycznej już recenzji można by podsumować jako “muzykę dla zbieraczy płyt”. A one/i, ci wykonawcy/czynie, też coś tam czytali, słuchali, oglądali. No więc tego.

(to jest znany przykład “muzyki dla zbieraczy płyt”)

Ten cały mój super duper wywód można streścić jednym banalnym zdaniem – by zrobić jeden krok w przód, trzeba zrobić dwa kroki w tył. Albo dwa w przód jeden w tył, sześć, osiem, nie wiem, jak wyjdzie, w każdym razie kierujemy się ku światłu. Nawet jeśli to światło najeżdżającego pociągu z naprzeciwka, chyba to lepsze niż bycie leszczem (leszczycą?!).

No więc, tak jak mówiłam, postanowiłam zestawić i skomentować kilka tekstów, które są bliskie memu sercu w mniej lub bardziej dziwny sposób. Widzę tutaj już nietęgą minę przynajmniej jednej osoby, choćby takiego mojego przyjaciela, pewnego *twórcy*, który od wielu lat podważa zasadność angażowania się w tego typu dyskusje o krytyce muzycznej. Nie wiedziałam do końca, co mu odpowiadać, czemu tracę na to, co jakiś czas tyle energii i nie uważam tego za rozdrabianie się. I znowu muszę powtórzyć, że czasem się coś bardziej czuje i później się rozkminia dlaczego i tak jest w tym przypadku – wydaje mi się, że gadając o krytyce muzycznej gadamy też trochę o wszelkiej działalności związanej z muzyką. Czy się radiuje, didżejuje, prowadzi fanpeja, a nawet muzykuje i produkuje, a przede wszystkim słucha, to nie robimy tego w jakiejś jaskini, to zawsze praca z czymś, co już kiedyś gdzieś było. O. Teksty o muzyczce pozwalają nad tym się pozastanawiać, jeśli są dobre.

Do tego wydaje mi się, że wychodzimy powoli z pewnego kryzysu, który dopadł polskie pisarstwo muzyczne np. Porcys ruszył z kopyta i jest tam dużo osób, które są ode mnie młodsze i dużo wiedzą o tym, i o tamtym. Screenagers przechodzi gigantyczny remont, który (jak to na Screenagers) jest bardzo skrupulatny i myślę, że wyniknie z tego wiele dobrego. Kiedy wertuję prasę muzyczną w Empiku to polskich tytułów jest tyle samo albo więcej, co w czasach mojego gimnazjum i to jest wspaniałe, mam wrażenie, że nie wydarzyłoby się właśnie bez tego internetowego pisania. Można też coś znaleźć różnych dziwnych tytułach, np. chyba mało kto wie, że w K-Magu. Lubię też rzeczy z culture.pl, choć nie przedstawia w pełni “bogactwa polskiej muzyki”, jak zapowiada nagłówek, a tylko jego specyficzną interpretację; podobnie jak Pop-Up, ale to muzyki w ogóle. Poza tym, niestety, wciąż brakuje takiego magazynu traktującego o popie, zdarza się coś w temacie w Dwutygodniku, ale to mało, bo to mały dział. Bardzo czekam na kogoś, kto ma taki ogar, żeby coś z tym zrobić. Były też nowe mniejsze, niezależne rzeczy w internecie jak np. Kilof, gdzie można było spotkać ciekawe próby pisarskie o niezal-popie, teraz one rezonują gdzieś tam. Zapewne zapomniałam jeszcze o tysiącu rzeczach, ale to dobry znak.

W ramach tego przydługaśnego wstępu muszę zaznaczyć też, że uwielbiam to co robią Piotr Szwed, Karol Paczkowski, Michał Pudło, Krzysiek Kwiatkowski, Jakub Adamek, Ania Szudek, Michał Weicher czy Krzysiek Krześnicki, ale często z nimi pracuję/pracowałam nie tak dawno i siłą rzeczy pewnie wciąż oddziałujemy na siebie. Na szczęście to na tyle ciekawi świata ludzie, że ciągle się od nich czegoś uczę, “pożeramy się” tylko częściowo.

A, i wybór jest możliwie różnorodny, tzn. sitem są tylko moje osobiste gusta, a celem zwrócenie uwagi na to, że mówi się to i tam to, o tamtym i siamtym, nie zawsze się zgadzam, ale to nie znaczy, że nie warto go/ją czytać. Szczególnie, że dotarło do mnie, że mamy naprawdę dużo dobrze piszących i ludzie często nie wiedzą o sobie nawzajem albo udają, że inni nie istnieją. Sorry, jeśli czasem za bardzo się wymądrzam i jestem protekcjonalna, ale to w dobrej sprawie i zawsze też można mnie później za to gdzieś tam zjechać. Tylko argumentujcie, proszę.

To wszystko to też nieśmiała polemika, po wielu latach, ze słynnym wpisem Marka o tym jak pisać (był nawet w sylabusie moich zajęć z krytyki muzycznej na muzykologii – jak coś ten kurs był bardzo ok, polecam, jeśli jeszcze jest), który był wymierzony w wielu wymienionych poniżej autorów i uważam, że nie zawsze słusznie. W tym pomocnym przewodniku też fajnie zostało wyłożone np. to, dlaczego spoko pisać po polsku. Choć oczywiście dobrze próbować po angielsku jak ktoś może i umie, szczególnie o tym co u nas słychać, co nie.

Już ostatnia naprawdę sprawa zanim konkret – oczywiście jeszcze cały czas opłakuję k-punka. Czekam bardzo na książkę Agaty o “Tin Drum” Japan, która będzie mu dedykowana (plus również uwielbiam ten album), ale też automatycznie włączyła mi się nostalgia za blogami. Było parę fajnych w Polsce, chyba jeden szczególnie odnosił się właśnie do Marka Fishera, ale wydaje mi się, że dużo pisania w jego duchu można znaleźć też w naszych serwisach muzycznych. Oprócz tego, rzecz jasna, blogi są różne i podłużne, z obecnie aktualizowanych to lubię 1Uchem1Okiem, Paznokciami po tablicy czy Trzy Szóstki. Niestety, odkryłam właśnie, że nie działa już Porysowane Płyty, bardzo to przykre, bo Fundowicz ma doskonały styl i wiedzę. Zdarza mi się wchodzić do świata Wetrowskiego, ale już mu nawet pisałam o tym, że jednak czuję się tam zbyt zaszczuta w tej męskiej szatni. Jeszcze do tego może wychował mnie krautrock, ten cały indusrial trochę też, ale wciąż nie umiem docenić fenomenu np. Killing Joke. Ale to drugie akurat ten mniejszy problem, bardziej “mój” szkopuł.

https://magivanga.wordpress.com/2013/03/28/upadek-jest-norma-o-pasji-do-muzyki-zasadzie-wiecznego-powrotu-i-niskich-lotach-polskiego-dziennikarstwa-muzycznego-z-rafalem-ksiezykiem-rozmawia-conradino-beb/ i http://muzyka.onet.pl/rock/polscy-dziennikarze-muzyczni-rafal-ksiezyk-kultywuje-w-sobie-niezadowolenie/0yy24

Na początek jednak coś z innej parafii. Rafał Księżyk już był kiedyś wielkim krytykiem muzycznym a teraz jest panem od Burroughsa i chyba wciąż naczelnym Playboya (brrr, ale z drugiej strony chyba nie napisałby tej książki bez ich archiwów). Wiele jego diagnoz jest bardzo słusznych, fajnie też, że mam wrażenie, że po jego słowach kilka osób zakasało rękawy i podjęło walkę o “polską prasę muzyczną”. Pierwsze próby były zbyt idealistyczne (rip M/I), ale teraz są trzy powstałe w ostatnich latach gazety, które wciąż się utrzymują na rynku – Noise, Gazeta Magnetoffonowa i Lizard. Przy okazji warto tutaj przypomnieć o Glissando i Ruchu Muzycznym pod egidą Cyza. Niestety, nie wyrabiam się z przeglądaniem tego wszystkiego w poszukiwaniu dobrych tekstów i wciąż nie mam ekipy ludzi, co robi to za mnie, ale za każdym razem, gdy mam okazję wertować to coś się znajdzie. Tego by nie było w dużej mierze gdyby nie internet – stąd się wzięła większość autorów/ek i ich czytelników/ek. Księżyk tego nigdy nie skumał, tak samo jak nie widział, że to, co pisał w pewnym sensie ma więcej wspólnego z Porcysem i Szałaskiem niż z Trans/wizjami i M/I.  Jego strata i nie-strata.

http://www.porcys.com/playlist/las-ketchup-asereje-the-ketchup-song/

Zdarzyło mi się zastanowić czy Porcys śni o Porcys – to jedyny serwis, który kojarzę (na świecie?) robiący tak rozległe autokorekty swoich własnych recenzji/tekstów czy kręcący dokument o sobie samym. Obejrzałam go po tym jak próbowałam czytać “Tęczę grawitacji”, bo ktoś mi powiedział, że w tym filmie opowiadają o odgórnym zarządzeniu, że wszyscy mają sobie kupić książkę Pynchona i ją mielić. Spoiler: oni naprawdę to robią albo przynajmniej tak twierdzą (a jeśli to żart z nich samych to całkiem śmieszny).

Ostatnio zauważam, że po kilkuletnim zastoju coś się dzieje, nowy narybek i powrót takich autorów jak Łukasz Łachecki* trochę tchnął w życia, starają się korzystać z konwencji bycia odpowiednikiem alt-right w świecie polskich serwisów muzycznych – populistycznie, bez hamulców, wkurwiająco, chroniąc tradycyjne wartości “songwritingu” i “rec-writingu”, wychowania na Radiohead i Sigur Rós, a przede wszystkim na ich tysiąca list. Jednocześnie wiąże się to z tym, że ktoś musi czasem przewrócić tym klockiem domina – trudno, że czasem nie tym, który się wydaje mi słuszny, ale przynajmniej coś się dzieje.

Dlaczego akurat ta recenzja “Asereje”? Sam Dejnarowicz napisał trochę zarówno bardzo mądrych rzeczy,  jak i strasznie głupich. Otóż ten tekst chyba swojego czasu nawet część ich redaktorów zdenerwował, bo przyniósł do Polski poptymizm. Poza tym pada tam słówko “niezal”, jeden z pierwszych razów w historii… polskiego niezalu. Nie wiem czy to zasługa Dejnarowicza, ale to naprawdę było coś. Warna sobie je przechwycił zakładając Niezal Codzienny (“niezal” + Prorok Codzienny + flaga Indii w logo), który na początku był próbą zrobienia w Polsce Altered Zones, czyli agregatora blogów, choć jak twierdzi Łukasz nie znał ich wtedy, pewnie inspirował się Musicspotem plus dodał newsy. I tym samym do dzisiaj mamy w różny sposób objawiający się spór o to czym jest ten cały “niezal”. Chyba udało się uniknąć oczywistości “indie”, wywodzącego się od “independent rock”, czyli zawsze jednak zanurzonego głęboko w rocku (o uwikłaniach rocka, które trudno przeskoczyć pisałam tu, ale jeśli ktoś chce więcej to odsyłam tutaj, lektura obowiązkowa//ten fanpejdż jest też wart uwagi, bo dwoje bardzo sensownych ludzi dekonstruuje polską krytykę rockową + z puszczeniem oka, ale jednak umieją docenić pisanie Ani Gacek, na pochybel temu, co jej brzydkiego robi niezal-internet od wielu lat). I teraz mam wrażenie, że w Polsce w tym momencie to bardziej znaczy po prostu funkcjonowanie poza głównym nurtem/rynkiem – zarówno w sensie artystycznym, jak i ekonomicznym. Przykład – takie Bocian czy Pointless Geometry u nas może być nazwane “niezalem”, a w Stanach to nie byłoby nazywane “indie”, raczej coś jak “underground”. To też ewolucja od czasów NC, bo wtedy bardziej chodziło o to, by po prostu pisać więcej o innej polskiej muzyce niż Nerwowe Wakacje (np. takiej bardziej eksperymentalnej) i elektronice niż o gitarkach i popie (choć później było i o popie, i nawet miał być na to oddzielny serwis, ale np. zrobiłam inaugurujący wywiad z Mariną Łuczenko – był straszny i nic z tego nie wyszło, ja też stwierdziłam, że to nie dla mnie).

Ale żeby nie było, że przypisuje sobie prawo do definiowania “niezalu” to spytałam starszego kolegę Kijka czy coś wie na temat i podesłał mi ten wywiad.  Bardzo ciekawe, szczególnie zdanie “osobiście nie mam takiego podejścia, że najważniejszy jest etos i wiarygodność. Przede wszystkim liczy się muzyka”. I kurcze, to też jest bardzo istotne, może nawet szczególnie teraz – w czasach, gdy czytamy coraz to bardziej wymyślne teksty o tym jak bardzo polityczny jest dany wykonawca (ten akurat jest krytyczny),  a tak naprawdę mamy doczynienia trochę z produktem, który  został planowo postarzony. No bo z jakiegoś powodu nie znam nikogo, kto słucha w 2017 Future Brown, a swojego czasu byli wszędzie. Choć oczywiście ignorowanie uwikłania muzyki w różne rzeczy też jest niebezpieczne, bądź tu mądra/y.

W ogóle podlinkowałabym jakiś tekst Warny, ale on wykasował moje ulubione – co zrobisz, nic nie zrobisz.

*) nie wyszczególniam innych “historycznych” autorów Porcys tak bardzo jakbym mogła, bo mam jedno zdrowie

http://www.ha.art.pl/felietony/2735-jakub-mihilewicz-handluj-z-tym-4-outsider-ad-2012.html

Zawsze gdy spotykam go na mieście mówię mu, żeby coś napisał (i nie że tylko wywiad), to nie działa, więc może to jakimś cudem ten desperacki krok poskutkuje. Ta seria felietonów była taką muzyczną wersją publikowanych w tym samym czasie “Mi$trzyń stylu”/”Sztuki na gorąco” Karoliny Plinty – pisaniem o dzisiejszej estetyce z dużą świadomością tego, co w trawie piszczy i traktowaniem twórczości internetowej tak serio jak na to zasługuje, ale wciąż z humorkiem, to często przecież bardzo zabawne rzeczy. Wybieram ten odcinek rubryki, bo jest częścią wielkiej polemiki o outsider music, która powinna być przetłumaczona, naprawdę, bo nie przypominam sobie dyskusji o tym na takim poziomie w zagranicznych mediach. Był jeszcze tekst na śp. Lineoucie (śpieszmy się kochać serwisy muzyczne, tyle wspaniałych tekstów odeszło przez stracone domeny itd.) o outsider house,  ale np. mnie się zdaje, że Philip Sherburne wymyślając ten gatunek i używając “outsider” mocno nie zrozumiał ocb.

Przy okazji, we wspomnianej polemice był świetny tekst Marka, ale zaczęło się przecież od artykułu Emila. Blog strona be, pamiętamy, choć też wykasowany [*]

http://screenagers.pl/index.php?service=articles&action=show&id=105

Czy Robert Biedroń wybrał Słupsk, bo jest fanem formacji Wrak? Nie wiem, ale nie zdziwiłoby mnie to tak bardzo, choć spotkałam go raz w życiu – w Operze Narodowej jak był ze swoim partnerem na “Elektrze” Straussa, więc kto go tam wie. Jakkolwiek, ten tekst Ambro uświadamia dwie ważne rzeczy – 1) był kamieniem węgielnym (wraz z bardzo bardzo potrzebną rehabilitacją Papsów) pod Top Polskich Piosenek Wszechczasów, w którym niestety nie brałam udziału, bo byłam zbyt zajęta (aż za bardzo, ale też chyba trochę potrzebnym, mam nadzieję) zapierdolem w Niezalu/ pamiętamy też, że jest bardzo obszerna polemika z tym topem w postaci innej listy i jeszcze rozszerzenie, z którym też należałoby kiedyś porządnie popolemizować (kanony po to są by się o nie spierać); 2) że można znaleźć muzyczkę, która okazuje się nieznanym a frapującym epizodem w historii polskiej muzyki na stronie Słupskiego Ośrodka Kultury. No i to, że ona jest nagrana jak jest nagrana to też jest to wartość, bo fajnie to brzmi i mówi coś o byciu nikomu nieznanymi asami błyskotliwego piosenkopisarstwa z województwa pomorskiego.

(ilustracje muzyczne 1 i 2)

http://polifonia.blog.polityka.pl/2010/06/04/deprywacja-sensoryczna-w-weekend/

Szukałam innego tekstu Chacińskiego, takiego gdzie wzorcowo stosuje swoją sztuczkę, że bierze najbardziej wyszukiwany wyraz w danym okresie czasu, pisze o nim w tytule i pierwszym akapicie a potem w jakiś sposób łączy to z bardziej lub mniej, ale przynajmniej przyzwoitą premierą muzyczną. Chodziło mi o notkę powstałą w czasie Euro 2012, gdzie punktem wyjścia jest nic innego jak wuwuzela. Ale to taki standardowy Chaciński, a właśnie to jest niezwykłe, że on tyle pisze, a i tak co jakiś czas potrafi zaskoczyć, jak tą niby krótką, ale bardzo fajną dygresją. Co prawda wciąż nie rozumiem dlaczego nie docenia wagi tego, że w końcu disco polo wejdzie do publicznych mediów, ani o geniuszu (jak coś to mnie też to trochę zajęło) wspomnianych Papa Dance, no ale nie ma ludzi idealnych. Poza tym też rozumiem obawy, że dyskusja o polskiej muzyce zostaje zdominowana przez jeden punkt widzenia (ten poptymistyczny), po prostu przydałoby się więcej różnorodnych głosów w temacie. Swoją drogą mam nadzieję, że ktoś w końcu szykuje jakiś wielki kanon disco polo z takimi naprawdę dużymi rozkminkami na ten temat, wszyscy bardzo tego potrzebujemy. 

http://musicspot.pl/maciomat/656/ukradli_mi/

Ten tekst ma złą interpunkcję, ale pokazuje siłę blogowego pisania. Z jednej strony Macio wykłada nam o co chodzi z tym black metalem, to naprawdę wejście do jądra ciemności, ale jednocześnie tak samo osobisty jak i dotykający tak uniwersalnej sprawy jaką jest napięcie między potrzebami dzielenia się a indywidualizmu naszych gustów. A i jeszcze pokazuje, że zdolni muzycy też powinni czasem coś napisać – Macio w końcu prowadzi od wielu lat najlepszy niezal-gitarowy skład bez płyty, Sick Parrot. I zachęta do grzebania na Musicspocie, dużo tam dobra i właściciel wciąż płaci za domenę (chwała mu za to).

http://screenagers.pl/index.php?service=xtras&action=show&id=234

Mam nadzieję, że wybaczy mi prywatę, ale wiele wytłumaczy fakt, że ten niezwykły tekścior popełnił człowiek, który wybrał aktywizm w *prawdziwym świecie*, nie w festiwalowym czy innym Disneylandzie. Nie pisze już o muzyce, bo nie ma pewnie czasu na takie pierdoły. Poza tym “bojkotuje izraelski showbiznes”, co prawda z innych powodów niż Andrzej Buda, ale wciąż to utrudnia działalność w branży. Poza tym też świetna robota w terenie, ostatnio dopiero Rysiek Gawroński uświadomił mi potrzebę powrotu do muzycznego gonzo, bo prawie tego nie ma – piszę o tym, bo a nuż komuś coś fajnego przyjdzie do głowy.

http://www.screenagers.pl/index.php?service=albums&action=show&id=1622

Bo przekorne ciele dwie matki ssie np. raz tak i drugi tak. Do tego to Artur, którego poznałam przez pewne forum i last.fm, bo słuchaliśmy praktycznie identycznych rzeczy, skłonił mnie do tego, by wysłać coś do Screenagers, w czym pomogła mi jeszcze lektura tego tekstu Marty Słomki. Choć oczywiście Marta pisała (vide: miejsce pierwsze) i pewnie jeszcze napisze rzeczy, które nami wstrząsną.

http://www.porcys.com/review/nicki-minaj-pink-friday-roman-reloaded/

Ten tekst nie jest doskonały, bo no “post-blake’owskie introspekcje Drake’a” ocb, ale jest w nim coś “jednego na milion” – pokorny recenzent pada przed majestatem trudnego do pojęcia umysłem fenomenu popkultury. Brakuje mi tu tylko słowa “doznałem”, ale to były już czasy, kiedy porcysiaki dystansowały się wobec swojego ulubionego powiedzonka, o którym Bartek Chaciński napisał nawet w serii “Wyczesane słowa”. Swoja drogą, myślałam, że to z tej rubryki w Przekroju wiem o Porcys, ale przypomniało mi się, że jednak z forum zespołu Radiohead, które niestety tylko czytałam, heh.

Wracając jeszcze do “doznawania”, to szkoda, by zostało zapomniane, bo moja ulubiona anegdotka Johna Mausa jest o tym jak uczył się muzyki w CalArts i jeden z jego wykładowców (prawdopodobnie Michael Pisaro, przynajmniej tak sobie mówię!) powiedział do niego wzdychając – “you are one of those musical thrills junkies”… Reszta już jest historią, koleś w końcu nagrał to swoje “Love is Real”.

http://fightsuzan.blogspot.com/2016/06/pro8l3m-pro8l3m.html

Śmieją się często z tego Filipa, ale mnie tam zawsze się wydawało, że z niego to wyrośnie porządny krytyk, nie że tylko będzie próbował nosić ubrania po Księżyku. Zresztą wydał książkę w tej samym wydawnictwie, co Ksieżyk i ona jest serio do przeczytania, a nawet dobra. No i co, napiszcie taki tekst o Pro8l3mie, nie napiszecie. Warto sobie sprawdzić też jego eseje o soundarcie, jest już ich sporo, więc trudno wybrać jeden i jeszcze coś mi tam zostało do przetrawienia, ale z mojej (małej) wiedzy wydaje mi się, że mówi całkiem świeże rzeczy w temacie.

Chciałam bardzo też załączyć jeden z felietonów Małgorzaty Halber, bo nikt tak błyskotliwie i zabawnie nie pisał o facetach w legginsach i technofeminizmie, ale nie tylko niezależne serwisy mają problemy z utrzymaniem domeny. Tzn. cieszę się, że do Polski weszło Electronic Beats, bo robią dużo dobrego, szczególnie dla sceny klubowej, ale kurcze można by zadbać o to, by dało się wrócić do tych artykułów z T-Mobile Music, zdarzały się naprawdę niezłe.

To by było na tyle. Nie wiem jak to się wszystko stało, ale w sumie dlaczego nie.

PS. Nie udało mi się napisać wciąż o The Beatles, może kiedyś się w końcu dam radę… Popełniłam za to w podsumowaniu 2016 jeden taki tekst (miejsce drugie), z którego (muszę nieskromnie przyznać) jestem całkiem zadowolona.

mój mały wybór polskiego internetowego pisania o muzyce

Zamiast relacji z Offa

Gdy mówiłam ludziom, którzy trochę mniej mnie znają, że jakoś tak wyszło, że zamiast na Offa jadę na Ukrainę z zespołem typu noise rock/black metal miałam świadomość, że można było sobie wyobrażać trochę inne rzeczy niż miałam zamiar tam robić. Co tu dużo kryć – Ziemowit Szczerek w końcu dostał nagrodę Nike za książkę o poszukiwaczach “hardkoru” za naszą wschodnią granicą. Jeśli jeszcze do tego dorzuci się do tego obrazka zespół rockowy brzmi to jak gotowy przepis na bezrefleksyjną “grubą wiksę” w tej “dziwnej i dzikiej” Europie Wschodniej.

Wciąż jednak źle czuję się z tym, że do tej wycieczki pchnęło mnie nic innego jak ciekawość. Bo oczywiście dobrze wiem, co się dzieje i działo na Ukrainie z mediów, spodziewałam się, że eufemistycznie mówiąc “nie jest różowo”, a jednak przyznaję – bycie w Kijowie było dla mnie jak kubeł zimnej wody. Na to jak bardzo nie zdaję sobie sprawy o wielu rzeczach, w jakiej bańce żyję itd. Usprawiedliwiam się, że jak się wyjeżdża 800 km od domu, ale znajdzie się w w towarzystwie osób, które tak jak ciebie jarają wydawnictwa z Immune Records czy mają na półce “24/7” Jonathana Crarego to jakoś bardziej można sobie wyobrazić siebie na ich miejscu niż słysząc doniesienia z prasy i z telewizji, tak to niestety działa. Stąd może wszystko to co zobaczyłam poraziło mnie z dużo większą mocą.
W trakcie wyjazdu w mojej głowie pojawiały się liczne pytania, oto niektóre z nich:

Dlaczego jak idzie się ulicą Instytucką to mimo dwóch lat od Euromajdanu nie ma żadnego pomnika poległych – miejsca upamiętniające ich sprawiają wrażenie tymczasowych, to często po prostu kartki w foliach wiszące na drzewach?

Jak to możliwe, że ludzie masowo nie płacą za media i woda w kranie nie nadaje się do spożycia?

Dlaczego znam tyle młodych ukraińców studiujących na prywatnych uczelniach w Polsce, co jest aż tak niehalo z publicznymi kijowskimi uniwersytetami?

Czemu nie ma nigdzie policji? Czy to tylko legenda miejska czy serio policjanci dilują?

Ja nie jestem ekspertem od sytuacji w Ukrainie, więc zostawię je bez odpowiedzi, ale jakby coś to oprócz tego co mówili mi lokalsi zrozumieć to i owo pomógł mi ten wywiad , teksty wspomnianego Szczerka publikowane w Polityce czy choćby zbiór esejów “Zwrotnik Ukraina” pod red. Jurija Andrukowicza.

Stąd teraz tym bardziej pojmuję dlaczego Ukraina pod względem muzyki niezależnej od dawna kojarzy mi się raczej z mrocznymi rzeczami (włącznie z Kvitnu, reklamującym się jako “the brightest sound of the darkest sound”, ale to już właściwie wytwórnia z Wiednia). Nasz gospodarz potwierdził ten stan rzeczy – mówił, że “co drugi nastolatek powie ci, że jego ulubiony zespół to Burzum”, w cenie są też wszelkiej maści hałaśliwe, rzężące gitary. No i jeszcze techno. Słyszałam również o scenie… witchhouse’owej (przypomnienie: taki internetowy mikrogatunek muzyczny, który był na ustach wszystkich dosłownie jeden sezon, okazuje się, że na Ukrainie trafił na podatny grunt) i wiele zamulastego (dark) ambientu. Mam wrażenie, że ktoś kto próbowałby tam robić błyskotliwy, dobrze wyprodukowany i skomponowany indie pop trafiłby w zupełną próżnię. Na ciężkie czasy jest potrzebna muzyka, która wyrazi te wszystkie nieznośne myśli, które muszą siedzieć w głowach ludzi, przede wszystkim tych, którzy wchodzą dopiero w dorosłe życie. Możliwe dlatego, że gdy to co robi Sierść jest zbyt radykalne na funkcjonowanie na większą skalę (poza sceną metalową, dla której pewnie byliby za mało “tru”) w Polsce, tak w takim Kijowie ich muzyka “wchodzi” jak nóż w ser. Publiczność reagowała tak, że w pewnym momencie musiałam wycofać się do tyłu – nie ma co obwijać w bawełnę, ja jestem cieniasem i to do tego trzeźwym, a tam był istny rozpizd.

Trudno mi napisać coś więcej, bo poprostu mam za dużo myśli w głowie, pewnie często jeszcze naiwnych i też teraz wiem, że muszę trochę więcej poczytać na temat Ukrainy, nauczyć się cyrylicy i zacząć bardziej interesować się tamtejszą sceną. Na razie wrzucam poniżej link do 4-godzinnego filmu z rosyjskiego festiwalu, którego nazwę Google Translate czyta jako Strukturnost (Структурность). Pokazał nam go nasz gospodarz, sam będący muzykiem, jako filmowy “skrót” wielu ciekawych rzeczy z również ukraińskiej sceny – niestety nic nie jest podpisane, a kilka rzeczy jest nie tylko bardzo dziwnych, ale też ciekawie brzmiących, więc mam rozkminę na długi czas

Zamiast relacji z Offa

Top prawie 20

Zostałam nominowana przez Wojtka Kucharczyka do wytypowania 20 najważniejszych dla mnie utworów. Jest to taki follow-up do łańuszka 10 najbardziej inspirujących płyt, ale żeby nie było nudnej wyliczanki postanowiłam dopisać krótkie opisy do każdej pozycji. Wyszło 17, ale razem z linkami jest ich koło 20.

Jahiliyya Fields – Lovegiver

“Nie ma co strzępić ryja”, jako romantyk z lekko newage’owym zacięciem wybieram takie abstrakcyjne opisy miłości. A o moim oddaniu dla Jahiliyya Fields pisałam tu i tu.

Jim O’Rourke – Life Goes Off

Ostatnio czytam “Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” Davida Fostera Wallance’a i opisy przeżyć wewnętrznych tych niewdzięczników skojarzyły mi się tekstami O’Rourke’a na “Insignificance”. Wybieram końcowy utwór, bo jest arcydziełem sam w sobie

Smog – Finer Days

W zestawie z “Insignificance” zawsze idzie u mnie “Red Apples Fall”, przy którym zresztą O’Rourke maczał palce. To nawet nie bardziej przytłaczający album, bo dotyczy śmierci w rodzinie i innych bardzo smutnych rzeczy, dlatego wybieram z niego utwór o tym, że czujesz się już dobrze, ale świat w okół ciebie wciąż tkwi w depresyjnym mule

Kylie Minogue – Come Into My World

Nie będę ściemniać – z jakiegoś powodu Kylie znaczy dla mnie więcej niż jakakolwiek gwiazda pop. Być może dlatego, że jest zupełnie eskapistyczna – nie wiem o jej biografii nic oprócz tego, że uprawiała seks w samolocie z wokalistą INXS, więc nic nie przeszkadza mi w prostym zachwycie nad jej piosenkami. Wiele napisano o tym jak bardzo “Fever” zmieniło produkcję muzyki pop, o songwritingu, ale to co mnie dodatkowo chwyta za serce w “Come Into My World” to jej głos – miękki jak puchata poduszka, a jednocześnie jakby nie z tej planety. Przy okazji ostatnio przypomniała mi się signature song (to chyba nieprzetłumaczalne?) jej “mroczniejszej” młoszej siostry, Dannii, to jest też coś duzego

Perfume – Polyrhythm

Perfume to pociągnięcie tego electropopowego eskapizmu Kylie jeszcze dalej, bo nikt nie ma złudzeń, że trzy wokalistki dostały zupełnie papierowe role mające na celu pokazanie idealnie skrojonych przez Nakatę produkcji. Wskazuję na Polyrhythm z dwóch zględów – rewelacyjne wykonanie live, które kiedyś podesłał mi Warna oraz to, że… piosenka została użyta w “Autach 2”, które widziałam conajmniej 10 razy, bo był to jeden z ulubionych filmów mojego młodszego brata

Maryn E Coote (Marju Kuut) and Uku Kuut – Don’t Say Goodbye

Uku Kuut został odkryty przez People’s Potential Unlimited, jednak ten utwór pochodzi z jego dalszego etapu kariery (choć to wciąż lata 80.). Jest coś dziwnie niepokojącego w tym, że wykonuje go, jak wiele innych piosenek, razem ze swoją matką, a ona osobiście komentuje na YouTubie jego teledyski pisząc, że jest ich współautorką… Ale zostawię to specjalistom…

Super Furry Animals – Demons

 

Ostatnio mój przyjaciel zrobił nam przyspieszony kurs “SFA for Dummies”, kiedyś ich trochę słuchałam, ale jak to bywa niewiele z tego wyniosłam. “Demons” zostało ze mną na dłużej przez hymniczny refren, trochę ekshibicjonistyczny, ale w dobrym guście tekst i psychodeliczne wstawki. Do tego klip, na którym SFA włóczą się po (!) Ekwadorze (nie, nie tym w Manieczkach).

Farben – Parada

Jan Jelinek to Jan Jelinek

Mariah – 心臓の扉 (Shinzo No Tobira)

Najlepszy utwór z bezbłędnej płyty, o której reedycji nie tak dawno pisałam. Kojarzy mi się z latem, gdy po ciągłych roztopach, przymrozkach i mrozach doceniam mieszkanie na zgentryfikowanym Powiślu – dzielnicy, gdzie rada osiedla popiera zastąpienie księgarnii burżujskim sklepem mięsnym. W maju w końcu będzie można chodzić nad rzekę, a przez wakacje na koncerty na Barce. Oby do lata.

 

Haruomi Hosono – Alternative 3

 

W ostatnim roku, trochę przez granie do bibimbapów, renesans w moim odtawrzaczu przechodzi dyskografia tego typa. Ten numer jest nie do zmęczenia

 

The Scientists – Swampland

 

Jestem niedzielnym słuchaczem garage rocka, ale ta piosenka to, jak dla mnie, esencja tego, dlaczego tyle osób traci głowę dla takiej muzyki

 

Heatsick – Stars Down To Earth

Idealnie w pół drogi między lo-fi, outsiderskością, błyskotliwością kompozycyjną i producencką. No i jeszcze jest to utwór taneczny, jakby nie patrzeć

 

Bataille Solaire – Echelles Humaines

Centralny utwór z jednej z moich ulubionych płyt ostatnich lat. Polecam z teledyskiem, dobrze wyraża ten trudny do opisania zachwyt nad światem, przyrodą, ludźmi etc. emanujący z tej muzyki

 

Co La – Drama Regime

Puściłam ten utwór jako gość w audycji i realizator bardzo ciekawie go zinterpretował, że to jakby opis sytuacji, gdy mamy tak dużo “na głowie”, że czujemy się tym aż sparaliżowani tym. Dobrze powiedziane

 

Autechre – deco Loc

 

Jest wiele momentów w dyskografii Autechre, kiedy mam ochotę krzyknąć, że to najlepsze co zrobione z dźwiękiem w historii ludzkości, ale to całkiem świeża sprawa, bo z “Exai”. Bardzo podoba mi się zupełnie nieszablonowa interepretacja tego albumu przez Rafała Krauze, polecam

 

Matmos – Tunnel

Wracając do “newage’owego romantyzmu” – mało jest tak bliskich mi rzeczy jak koncept “The Marriage of True Minds”. Uwielbiam całość, ale wybieram mój ulubiony utwór do jeżdżenia metrem (“there is the light at the end of the tunnel, but it isn’t daylight…)

 

Nine Inch Nails – Head Like A Hole

Hehehehhehehe. Ostatnio pisałam o nowym Oneohtrixie, miałam też o “Art Angels” Grimes – jednak obie te płyty są bardziej interesujące dla mnie jako krytyka niż dla słuchacza (Lopatin jeszcze jakoś się broni), więc ten drugi tekst spalił na panewce. Ale co ciekawego zostało mi po odsłuchach tych albumów to fakt, że oba w jakiś perwersyjny sposób odnoszą się do Nine Inch Nails, tylko że biorą na warsztat plastikowy, siermiężny pop-industral, ten prawdopodobnie najbardziej irytujący środek wyrazu nastoletniego buntu w muzyce popularnej. Skłoniło mnie to odświeżenia sobie tych fragmentów dyskografii, które mogłyby się jeszcze bronić i, o dziwo, okazało się, że “Pretty Hate Machine” zestarzało się o wiele lepiej niż “The Downward Spiral”. Szykuję się właśnie do lektury książki z serii 33 ⅓ o niej, a najczęściej słucham… “Head Like Hole”, bo mam wrażenie, że dopiero mając 24 lata i stojąc  przed, ekhm, życiowymi wyborami jestem w stanie skumać o co Reznor pruł tak mordę. No i nie ma w nim popadania w czczy kinder-nihilizm, jak w innych utworach NIN.

Top prawie 20

Kilka luźnych myśli o tym dlaczego musiałam w końcu napisać tekst o sytuacji kobiet w muzyce (w szczególności niezależnej), choć bardzo chciałabym żyć w czasach, w których mogę w świętym spokoju zająć się swoimi rzeczami

 

Tekst pierwotnie ukazał się w pierwszym numerze zina “Girls To The Front”

1. Lata lecą, a wciąż w tekstach czy nawet komentarzach o muzyce zdarza się, że ktoś użyje przymiotników takich jak “dziewczęcy”, “babski” itd. w znaczeniu pejoratywnym – zwykle jest to równoznaczne, z czymś, co ma być słabe technicznie, czy też bezbarwne (vide: niezbyt fortunny epitet “bez jaj”). Wiem, słyszałam wiele tłumaczeń, że “tak się tylko mówi” i nie ma co sobie psuć krwi z tego powodu. Jednak, gdy ktoś używa tego typu określeń, to nawet nieświadomie, ale no sorry, wartościuje muzykę ze względu na cechy stereotypowo przypisywane płciom. Za przykład niech posłuży fakt, że najpopularniejszy objazdowy festiwal w Polsce nazywa się “Męskie granie”. Pomysłodawcy zapewne chcieli, by dzięki temu ich marka kojarzyła się z czymś porządnym, mięsistym, wysokiej jakości; nie dałoby się zrobić imprezy “Damskie granie” i osiągnąć tego samego efektu marketingowego. Są różne narracje dotyczące kobiecości, ale czemu mainstreamowe wykonawczynie chcące uchodzić za “mocne, barwne osobowości” muszą się pchać do tego, by “męsko grać”? Nie mogą po prostu grać po swojemu?

2. Nie muszę wspominać, że zdarzyło mi się widzieć na forach dla gearheadów filmiki z kobiecymi pośladkami “służącymi” za perkusję, czytać wpisy o “robieniu histerii przez baby w trasie” i inne kwiatki, o których naprawdę nie chciałabym pamiętać…
3. Takich przypadkowych komentarzy nie powinno się jednak brać za reprezentatywną próbkę – co innego to, jak kobiety zajmujące się muzyką są pokazywane w dużych mediach. Choćby portal Pitchfork na początku jesieni opublikował tekst “Democracy of Sound: Is GarageBand Good For Music?”. Intencje jego autorki wydawały się dość dobre – chciała napisać zaangażowany artykuł o tym, jak niezbyt skomplikowany w obsłudze program do robienia muzyki sprawił, że wielu amatorów zakasało rękawy i zaczęło lepić dźwięki na własną rękę. Nie ominęła w nim też ciemnej strony tego fenomenu, czyli obniżenia jakości produkcji. Niestety, publicystyka jednocześnie wysunęła absurdalną tezę, że egalitaryzm GarageBand to jego “feministyczna wartość”. Stwierdziła, iż dzięki temu, że program nie posiada tylu opcji, kobiety chętnie po niego sięgają, bo nie czują się przytłoczone jego poziomem trudności. Jakby tego było mało, przepytywane przez dziennikarkę same artystki, takie jak choćby Julianna Barwick i Dee Dee z zespołu Dum Dum Girls, ulegały retoryce publicystki. Z licznych cytatów i analiz wyłania się więc potwierdzenie stereotypu, że kobiety – jako słabsza płeć – nie mogą się porywać na trudniejsze pod względem technicznym zadania, bo nie dadzą sobie z nimi rady.

Tego typu publikacje obecnie wydają mi się w dużo większym stopniu problematyczne niż same durne komentarze w internecie – to, nie obwijając w bawełnę, to ciche przyzwolenie na seksizm, w oprawie poważnego tekstu. Taki obraz artystek w mediach sprawia, że przestają mnie dziwić liczne teksty traktujące o małej ilości kobiet wśród gwiazd festiwali. W artykułach na tych samych portalach dziewczyny dostają przekaz, że są z góry na przegranej pozycji. Mogą co najwyżej, tak jak brutalnie podsumowano trio Haim, pokazać napisaną partię basu producentowi-mężczyźnie, który zrobi z niej wielki przebój. A to bynajmniej nie motywuje do rozpychania się łokciami i walczenia o swoją pozycję jako samodzielnej wykonawczyni.

4. Na szczęście, zmiany zwykle dzieją się oddolnie i już na scenie niezależnej sytuacja ma się zgoła inaczej. Choćby na Unsoundzie widziałam panel dyskusyjny, podczas którego organizatorki festiwalu Sustain-Release zwracały uwagę na to, jak ważne jest, by traktować obecność didżejek/producentek jako status quo. Ich taktyka jest o tyle ciekawa, że uważają za niepotrzebne podkreślanie płci artystów, a po prostu należy “przyzwyczajać” publiczność do obecności kobiet za konsoletą na organizowanych przez siebie imprezach. Ale ile osób, tyle podejść. Szukając na własnym podwórku, inspirowany ruchem riot grrrl cykl Girls to the front stara się budować bezpieczne środowisko integrujące dziewczyny – tak, by wykonawczyniom łatwiej było wyjść do ludzi, bez zagrożenia, że ktoś je potraktuje nie fair. Które z tych podejść jest lepsze? Trudno powiedzieć. Jeśli spojrzymy na scenę elektroniczno-eksperymentalną, o wiele bardziej progresywną pod względem akceptacji roli kobiet, widzimy, że wynika to z wieloletnich, narosłych w muzyce rockowej uprzedzeń. Jej mitologia jest dużo dłuższa, bardziej konserwatywna i często wiąże się z klasycznymi wzorcami męskości. Oczywiście, że niezależna scena gitarowa zawsze próbuje się od nich odciąć, ale nie ma co – bagaż gościa popisującego się, by poderwać dziewczyny solówką gitarową wciąż istnieje i wystarczy spojrzeć nie tylko do Teraz Rocka, lecz także do niektórych tekstów w Noise Magazine, by przekonać się, że to nie melodia przeszłości.

5. Inna sprawa, że na naszej lokalnej scenie niezal-rockowo/popowej istnieje niewiele projektów takich jak Evvolves, Enchanted Hunters czy Rosa Vertov (kiedyś pod nazwą The Willetts), co do których nie ma się wątpliwości, że dziewczyny pełnią w nich ważną rolę. Symptomatyczne, że wśród starszych polskich składów ze świecą szukać kobiet, które miały znaczący wpływ (nie licząc epizodu Anny Zaradny we Włochatym) na scenę muzyczną. W czasach, gdy znane mainstreamowe artystki jak Bjork, Grimes czy M.I.A upraszają się o uznanie ich za autorki swojego sukcesu (co zresztą jest dość smutne, że muszą to robić), na naszym podwórku brakuje po prostu autorek własnej muzyki z dużym dorobkiem.

6. Teraz wypadałoby dać jakąś receptę albo chociaż prognozę na przyszłość. Nie jestem ekspertką od praw kobiet, po prostu od wielu lat piszę o muzyce i “mówię jak jest”. Sama znam wiele dziewczyn, które brzdąkają coś w domu, ale boją się z tym gdzieś pokazać. Dobrze, że mogą to już zrobić choćby na Girls to the front, tyle że co dalej?

Kilka luźnych myśli o tym dlaczego musiałam w końcu napisać tekst o sytuacji kobiet w muzyce (w szczególności niezależnej), choć bardzo chciałabym żyć w czasach, w których mogę w świętym spokoju zająć się swoimi rzeczami

Dziewczyna bez zespołu

 

Nie jestem zbytnią fanką czytania wspomnień znanych muzyków – zapoznaję się z faktami tylko po to, by potwierdzić własne intuicje gdy piszę recenzję/artykuł, bo jako odbiorca najbardziej cenię sytuację, kiedy nie wiem wszystkiego i mogę sobie pewne rzeczy dopowiedzieć. Stąd moje zainteresowanie autobiografią Kim Gordon stanowi wyjątek potwierdzający regułę – to nie jest szablonowa publikacja tego typu. Już odkąd ogłoszono, co będzie się w niej znajdować, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

 

Tak się zdarzyło, że zrządzeniem różnych przypadków, słucham Sonic Youth przez prawie połowę swojego życia. Dzięki poznaniu tego zespołu tak wcześnie zaciekawiłam się bardziej eksperymentalnymi formami muzycznymi, a poniekąd też sztuką współczesną, bo pierwszą wystawą, na którą poszłam z własnej woli, było Beautiful Losers w łódzkim ms. Dla gimnazjalistki, która wybrała się tam z powodu obecności gitar swojej ulubionej grupy, konfrontacja z taką ilością sztuki powiązanej z tym, co lubi, było objawieniem – okazało się, że można odbierać ją w bardziej krytyczny sposób, osadzić to w szerszym kontekście. To też w jakiś sposób ukonstytuowało w moich oczach te bardziej niezależne czy wręcz nonkonformistyczne strategie artystyczne i sprawiło, że chciałam wiedzieć jeszcze więcej na ten temat. Gordon dość dużo napisała o tym, jak sztuka wpływała na to, co robi, opisuje przyjaźnie, znajomości czy nawet związki z takimi artystami jak Mike Kelley czy Jorg Immendorff i to, co z nich wyniosła. Jej książka to też ciekawe spojrzenie na to, jak wyglądał/wygląda rynek sztuki, ponieważ nie dość, że pisywała do Artforum, to również pracowała w galeriach.

 

Gordon wspomina przy tym falę sztuki feministycznej – to jak inspirowały ją dzieła choćby Barbary Kruger. Pamiętam, że widząc te prace w Pompidou mając osiemnaście lat, na wystawie poświęconej kobietom-artystkom, również byłam wstrząśnięta. O tym przede wszystkim jest “Girl in a Band” – to dość uniwersalna opowieść o kobiecie walczącej o funkcjonowanie na równych prawach w swojej pracy, związkach, relacjach międzyludzkich. Gordon zdaje sobie sprawę, że stała się swoistym archetypem “dziewczyny w zespole” – opisuje tego konsekwencje, to jak próbowała sobie z tym radzić. Bardzo utkwiła mi w głowie historia jednego z perfomance’ów, w którym brała udział – artysta postanowił ze znajomych instrumentalistek stworzyć zespół, który będzie prowokował w określony sposób publiczność do interakcji. Po występie pomysłodawca nie był zadowolony z tego jak dziewczyny wystąpiły. Gordon miała inne zdanie na ten temat i poczuła, że mimo dobrych intencji sam koncept był w jakiś sposób niefair – całym przedsięwzięciem kierował mężczyzna, a jego polecenia wykonywały kobiety. Postanowiły się zbuntować i kontynuować działalność zespołu niezależnie od artysty. Grupa nie przetrwała długo, ale Kim za to miała nowe doświadczenie, które uświadomiło jej, że musi szukać partnerskich relacji w swojej pracy. Stąd postanowiła powołać do życia ze swoim młodszym chłopakiem zespół, w którym po równo będą odpowiadać za to, co grają. Tak właśnie postało Sonic Youth.

 

Oczywiście nie zawsze było tak różowo – Gordon przyznaje, że gdy podpisali kontrakt z dużą wytwórnią, Geffenem, poniekąd jej wizerunek jako ładnej dziewczyny z gitarą był fetyszyzowany, by lepiej sprzedać dysonującą muzykę zespołu. Jednak koniec końców jej historia może być inspirującym świadectwem tego, jak zyskała niezależność jako twórca i osoba. Rozstanie z mężem i poniekąd rozpad Sonic Youth, przedstawiane w mediach jako swoista tragedia, też wydają się w książce Gordon czymś, co ją wyzwoliło.

 

Emancypacja to główny leitmotiv książki, ale nie tylko w kontekście feministycznym. Znajdziemy choćby dość zaskakujące wyznanie dotyczące choroby psychicznej starszego brata Kim. Artystka obrazowo pokazuje mechanizm współuzależnienia, w który uwikłana jest bliska rodzina schizofrenika. Z brutalną, ale potrzebną szczerością mówi o tym jak czuła się ofiarą w sytuacji, gdy sadystyczne występki brata były mu wybaczane, a jedyną reakcją rodziców na jego agresję wobec Gordon było “to oddaj mu”. Uważa, że przez to zaczęła się tak dobrze czuć na scenie – tylko tam mogła swobodnie siebie wyrażać. Przy tym krytykuje system opieki zdrowotnej, który nie stworzył sprawnego programu mogącego pomóc jej rodzinie oraz opisuje antypsychiatryczną “paranoję” przełomu lat 70. i 80., co pozwoliło mi lepiej zrozumieć, dlaczego właśnie w Stanach tak popularna stała się scjentologia. Bo przy okazji Kim wykorzystuje również swoją biografię do omówienia przemian kulturowo-społecznych, a nawet politycznych (wspomina zwycięstwo JFK, mocno dostaje się Reaganowi), które obserwowała. Koniec lata miłości, Charles Manson, z którym o mało jej brat nie zaczął się zadawać, koniec no wave’u, początek muzycznej nowej fali, grunge – wszystkie te zjawiska i jeszcze więcej zostają błyskotliwie omówione.


“Girl in a Band” jest na językach, bo zaspokaja ciekawość na temat tego, co naprawdę wydarzyło się pod koniec działalności Sonic Youth, oczywiście zachowując perspektywę Gordon. Do tego w pakiecie otrzymuje się kilka złośliwości pod adresem Courtney Love czy Billy’ego Corgana. Ale całe szczęście to nie tylko książka o tym – właściwie to lektura, którą można spokojnie przeczytać nie będąc wielkim fanem zespołu. Gordon ma spory talent do sprawnego posługiwania się dygresją – fakty z jej życia służą jej jako punkt wyjścia do szerszych refleksji. Przy tym pisze w dość uporządkowany sposób, nie zdarza jej się za bardzo zaplątać. Bywa bardzo zgryźliwa, ale ogólne przesłanie bardzo podnosi na duchu – w końcu, jak kiedyś napisała w eseju, a za nią miał to powtarzać krytyk Greil Marcus  – ludzie chcą płacić za to, by widzieć, że inni zaczynają wierzyć w siebie.

Dziewczyna bez zespołu

2013

Zebrałam wszystkie moje tegoroczne teksty w jednym poście, a poniżej wynotowałam inne swoje aktywności i z rozpędu się o nich rozpisałam. Jako, że zrobiłam to głównie po to by samej to uporządkować, a zarazem to trochę takie moje muzyczne podsumowanie roku (choć o wielu rzeczach nie zdążyłam napisać albo nie było/będzie dopiero ku temu okazja), to umieściłam pomiędzy listę ulubionych koncertów (jedyna, która się nie może zmienić) oraz notki o filmach i książkach, a nuż może kogoś zainteresują.

Vaporwave i okolice

Rytuał na zamówienie  (przy okazji – o Brance kiedyś pisałam tutaj)

Scott Walker (szczerze to wydaje mi się, że lepszy tekst o nim napisałam kilka lat temu, o ten)

Mike Majkowski – wywiad

Huerco S. – wywiad

przegląd Reckno (razem z Piotrem Tkaczem)

Boards Of Canada – Reach For The Dead

Off Festival 2013

Redakcyjna dyskusja przed OFF Festivalem 2013

Pheeroan akLaff – Warszawa, 20 lutego 2013

CTM Festival – Berlin

Bocian Night – Warszawa, 27 maja 2013

Europejskie Targi Muzyczne CJG

Przegląd polskich wydawnictw #2

Unsound 2013 – Targi Płytowe

– w duecie z Anią Szudek pisałyśmy o związkach chorób psychicznych z muzykalnością – niedostępne online, ale można nabyć tu. Podobno ten numer Res Publiki (pismo dotowane) rozdają studentom medycyny, przynajmniej w Poznaniu

Recenzje 2013: post scriptum (ode mnie  Matmos – Marriage of True Minds)

Kerridge – A Fallen Empire

Oneohtrix Point Never – R Plus Seven

RSS B0YS – TH T00TH 0F TH FTR

CoH – Retro-2038

Pete Swanson – Punk Authority [EP]

Merzbow & Oren Ambarchi – Cat’s Squirrel

My Bloody Valentine – m b v

Dalhous – Mitchell Heisman [EP]

– wywiad z Michałem z BDTA w Rwie, w dużej mierze tłumaczący “o co chodzi z tym Bolesławem Wawrzynem”, za jakiś czas będzie dostępny online

– blurb dla Bociana, płyta Bondi / d’incise / Demierre / Kocher – Öcca, trzeba kliknąć na stronie okładkę

inne aktywności:

Na Ripicie – odcinek 3 “surrealistyczne, ale miłe”, tak że aż powtórzone. Ten ostatni program musiał zostać zmontowany tak by wyszło 15 minut, a “surówka” trwała 2 godziny, więc siłą rzeczy wypadło trochę wątków albo zostały skrócone. Mówiłam m.in. o tym, że moje ulubione albumy to Ensemble Skalctrik (i ogólnie od zeszłorocznego winyla Nicka Edwardsa z uwagą śledzę to co robi)  i “Glass Tetany” Decimusa (swoja drogą jego “Kemunculan” to chyba najlepsza dla mnie taśma z Sangoplasmo, nie znam jeszcze wszystkich jego wydawnictw winylowych, ale po 2, 10 i 11 stwierdzam, że chyba warto, nie mówiąc o ciągłym wygrzebywaniu czegoś z dyskografii No-Neck Blues Band, w tym roku dużo słuchałam “Qvaris”), ale nie miały specjalnie wypływu na muzykę “popularną”, więc wyróżniłabym “R Plus Seven”. Do tego nie mogę odsłaniać przecież wszystkich kart, bo muszę coś mieć do listy rocznej na Screenagers, choć wiadomo, że to bardzo umowne. I sprawa koncertów – oczywiście bardzo dobre były te wszystkie improwizacje Zeranga, które widziałam, szczególnie z Joe McPhee i Lonberg-Holmem, ale było też wiele innych występów z 2013, które mi się bardzo podobały. Oto one, FB pomógł mi sobie przypomnieć to i owo, ale nie wszystko, więc zaburzyła się trochę chronologia i możliwe, że o czymś zapomniałam. Oczywiście każdy zasługiwałby na dłuższy tekst:

Evol – Berghain, CTM

Kerridge – Berghain, CTM/Hotel Forum

Ghedalia Tazartes – Hau2, CTM

Ballister – Powiększenie

Swans – Stodoła

Joshua Abrams Natural Information Society – Cafe Kulturalna

Romanoski/Lemiszewski – Fawory

Radioda/Jedność – Eufemia

Rushford/Talia – CSW, Bocian Night

The Kurws – Eufemia

Shackleton – Dolina Trzech Stawów, Off

The Thing – Pardon To Tu

Schloss Mirabel + Rino-Speaking Music – Powiększenie, Brutaż

Wilhelm Bras – Cafe Kulturalna, Vatican Vibes

Promieniowanie – Eufemia

Brotzmann/Trzaska/Mahall/Quatrana/Moretti – Pardon To Tu

My Bloody Valentine – Dolina Trzech Stawów, Off

Nate Young – Manggha, Unsound

Stara Rzeka – Manggha, Unsound

DJ Richard (DJ set) – Hotel Forum, Unsound

The Phantom (DJ set) – Klub Re, Unsound

Regis – Hotel Forum, Unsound

Robert Rich – Hotel Forum (niestety tylko 2h)

Altar of Plagues – Muzeum Inżynieri Miejskiej, Unsound

Lotto – CSW

The Necks – CSW

Piotr Kurek – Cafe Kulturalna, CJG/Bajkonur, LDZ Music Festival

Trzaska/Majkowski – Pardon To Tu

Rempis/Damsiewicz/Traczyk/Zerang – Pardon To Tu

Pheeroan akLaff i bardzo dużo gości – Pardon To Tu

Napalm of Death – Park Sowińskiego

Złota Jesień – CDQ

Kapacitron – Pardon To Tu

specjalne: Totemy/Unrobe – 4 pokoje, bo nigdy nie byłam wcześniej na wieczorze kawalerskim, już nie mówiąc o takim, gdzie grają cover “Let It Be”

– spontaniczne współprowadzenie audycji z Ryśkiem i Maćkiem w Żaku, pamiętam, że puszczałam m.in. Foodmana, Helenę Hauff i The North, “surrealistyczne, ale miłe” [2]

– właśnie, ten gniot, Notting Hill, leciał w telewizji, kiedy współtłumaczyłam “Trzy gesty w muzyce noise” dla Glissanda. Artykuł dość ciekawy, choć bardzo analityczny, cieszy obecność na łamach m.in. My Bloody Valentine (nigdy dość) i śp. Lou Reeda (pierwszym kupionym przeze albumem było TVU & Nico, natomiast w tym tekście sporo miejsca zajmuje wytłumaczenie fenomenu “Metal Machine Music”. Choć trzeba przyznać, że sam Lou zrobił to pod koniec życia lepiej, co moim zdaniem, prowokuje dość ciekawe pytania, a może nawet wnioski związane z pisaniem o muzyce).

– mam na koncie dwa wideowywiady (jeden i drugi) – ciekawe doświadczenie, dobrze się przy nich pracowało, ale na dłuższą metę to nie moja działka

– przez większą część roku przygotowywałam newsy o muzyce dwa razy w tygodniu do ekraników w warszawskim metrze. Tak, zobaczenie swojej notki w zatłoczonym wagonie to prawdziwy mindfuck… Dzięki redagowaniu ich przez świetną korektorkę mam wrażenie, że już nie przesadzam z wielokrotnie złożonymi zdaniami, jak kiedyś. Ale wciąż je lubię, niespecjalnie chciałabym popadać w zbytnią lapidarność.

– mam też epizod na stanowisku “człowiek od contentu okołumuzycznego” dla międzynarodowej korporacji, czego nie żałuję, bo dzięki temu wiem, że to praca nie dla mnie, pod wieloma względami. Co prawda, przez to moje kieszenie stały się trochę bardziej puste, a biografia zbliżona do kiczowatych artykułów z Na Temat w dziale Styl Życia, ale jeśli pretensjonalna i naiwna jest chęć posiadania wolnego czasu to… wolę być pretensjonalna i naiwna.

– prowadziłam panel “Polska prasa muzyczna. O kondycji dziennikarstwa muzycznego” na Konferencji Muzyka a Biznes i po tym wydarzeniu doszłam do dość trywialnego wniosku, że zbytnie racjonalizuję niektóre rzeczy. Od tamtej pory starałam się częściej ufać swojej intuicji i nie tracić aż tak dużo czasu na długie zastanawianie się nad tym to czy to co robię ma sens, czy nie. Oczywiście nie zawsze się to udawało, ale warto próbować… I dlatego powstała Rwa.

– zdarzyło mi się też największe faux pas w historii mojego pisania o muzyce, oprócz oczywiście walnięcia “puszcza kampinowska” w relacji z Unsoundu 2012. W sumie nawet lubię ten tekst, ale z tą całą krytyką muzyczną jest tak, że błędy merytoryczne kładą cień na resztę roboty i nie ma co się temu dziwić, w końcu informacyjność to ważna sprawa w tego typu publikacjach. Przy okazji – chyba najlepiej napisany tekst o muzyce jaki czytałam w tym roku po polsku to ten Michała Fundowicza o Aaronie Dillowayu (Glissando #22), mam tutaj na myśli świetny język jakim posługuje się autor, a przy okazji można się sporo dowiedzieć. Wyróżniłabym jeszcze kilka, ale niezręcznie oceniać kolegów/koleżanki, niech każdy robi swoje najlepiej jak potrafi.

– na trzy miesiące wróciłam na stanowisko redaktora programowego Screenagers (ostatnio tym się zajmowałam, bodajże, w 2011, teraz tylko wspomagam Michała i Karola oraz Sebastiana), ale właśnie kończę swoją misję tzn. ostatnie projekty na których mi zależało. Jeden z nich będę na pewno kontynuować. Ogólnie polecam pisać do Scr, jeśli ktoś ma uczulenie na pojęcie deadline’u i ceni sobie dopracowywanie tekstów. Przy chłopakach sporo się nauczyłam, nie wiem czy nie najwięcej do tej pory, ale miałam nie być niezręczna, więc już przestaję.

bisajdy i rarytasy:

– chyba sporo czytałam książek w 2013, więc ku pamięci odnotuję kilku autorów, którzy stali się dla mnie ważni. Przede wszystkim Robert Walser, Harry Mathews, Raymond Roussel i najnowsze “odkrycie” – Alejo Carpentier (dzięki, Oskar!). Wróciłam też do np. Borgesa. Udało mi się po kilku latach, z przerwami, skończyć nieszczęsne “W poszukiwaniu straconego czasu”, co jest obiektem żartów mojego współlokatora (nie dziwię się). Nigdy nie czytałam wcześniej tyle poezji, co też bywa już memem w moim mieszkaniu, bo popularność piosenki autorskiej na Trójce nie sprzyja dobremu wizerunkowi tego gatunku. Wracałam często do bardziej konwencjonalnych tomików np. Levine’a i Garego Snydera, trochę do Larkina, a jednocześnie próbowałam zrozumieć publikacje wydawane przez Rozdzielczość Chleba (dzięki Paweł B!). Choć chyba wolę Brunona Jasieńskiego. I jeszcze kilku innych, ale nie jestem żadnym literaturoznawcą by się o tym rozpisywać, czytam często w zupełnie przypadkowy sposób i chyba mi to pasuje.

–  za to wciąż jestem jak dziecko we mgle, jeśli chodzi o filmy i jeśli mam jakieś postanowienie noworoczne to oglądać ich więcej. Średnio wiem co się działo w tym roku w kinach, starałam się nadrabiać zaległości. Poznałam “Cremaster”, “Kwiat granatu” czy “Wax, or the Discovery of Television Among the Bees” i jak mi się w jakiś sposób podobały to nie za bardzo potrafię wytłumaczyć dlaczego. Obejrzałam też chyba wszystkie filmy Casavettesa czytając ten świetny wywiad-rzekę. Z bardziej rozrywkowych obrazków to bawiły i wzruszały mnie “Kamikaze Girls”, “I am a sex addict”, “I’m still here” (dzięki Gosia!), “Enigma z Lochness” (nie znałam takiego Herzoga) i dzięki Adzie doceniłam serial “Czarodziejki z Księżyca”, a Jackowi “Xavier: Renegade Angel”.

2013